Świat pyta szybciej, niż widzi
Zanim jeszcze cokolwiek zawisło na ścianach, zanim ktokolwiek stanął przed pierwszym kadrem i zanim wernisaż zdążył stać się wydarzeniem – pojawia się pytanie. Zawsze to samo.
„O czym jest ta wystawa?”
I wiem, że to jest pytanie grzeczne. Naturalne. Wypowiadane często w dobrej wierze, czasem z autentyczną ciekawością. Ale ma w sobie coś, co zaczyna mnie uwierać. Bo dzisiaj coraz częściej nie pytamy już o to, co widać. Pytamy o to: a co mamy zobaczyć?.
Świat przyspieszył do tego stopnia, że chce mieć wszystko podane jak w instrukcji obsługi. Najlepiej z dopiskiem: jakie emocje są właściwe. Co oznacza cisza? Co oznacza pusty kadr? Co oznacza twarz bez uśmiechu? Co oznacza cień na fotografii? Po co to jest? Po co ja to zrobiłem? I dlaczego tak?
– Jakby samo patrzenie nie wystarczało.
Jakbyśmy przestali ufać temu pierwszemu impulsowi, który pojawia się w człowieku, kiedy patrzy na obraz – zanim zdąży go nazwać, wytłumaczyć, ubrać w mądre słowa. Jakbyśmy bali się, że jeśli nie powiemy sobie od razu „o czym to jest”, to nic z tego nie wyniesiemy. A przecież czasem wynosi się najwięcej właśnie wtedy, kiedy się jeszcze nie wie.
Pytanie „o czym jest ta wystawa” brzmi dziś w mojej głowie trochę inaczej. Ono często oznacza: „jak mam ją rozumieć, żeby było bezpiecznie?”. Gdzie jest odpowiedź. Gdzie jest podpis. Gdzie jest kontekst, który zdejmie ze mnie obowiązek przeżycia tego po swojemu.
A ja mam coraz większą ochotę odpowiedzieć najprościej.
– Nie wiem.
Albo inaczej: wiem – ale nie (powiem) chcę robić z tego przewodnika.
Bo „Bez Wyjaśnień” nie jest wystawą do zrozumienia. To jest wystawa żeby przystanąć. I to jest dzisiaj o wiele trudniejsze.
Wernisaż jako rytuał autoprezentacji
Najzabawniejsze w robieniu wystawy jest to, że zanim pokażesz zdjęcia, musisz najpierw pokazać… siebie.
To nie jest złośliwość wobec ludzi ani narzekanie na świat. To jest fakt. Wystawa jako taka – te ściany, światło, zdjęcia, formamty – jest gdzieś dalej, na końcu procesu. Po drodze pojawia się etap, w którym okazuje się, że trzeba przygotować całe „ja” w wersji wystawowej.
Notka o autorze. Bio. Lista osiągnięć (a ich niewiele, bo nigdy nie robiłem zdjęć „na konkursy). Kilka zdań o tym, co to znaczy dla mnie. Kilka zdań o tym, jaką drogę przeszedłem. Kilka zdań o tym, dlaczego warto przyjść.
I jeszcze najlepsze… zdjęcie autora, najlepiej takie, które wygląda jak „artystyczne”, ale nie przesadza, bo przesada jest podejrzana. Ma być naturalnie, ale jednak z jakimś komunikatem. Żeby było widać, że to człowiek od obrazów, a nie od faktur.
To jest dziwny moment. Bo ja naprawdę nie robię zdjęć po to, żeby opowiadać o sobie. Robię zdjęcia po to, żeby mniej mówić. Żeby nie musieć. Żeby mieć gdzie uciec od słów. Żeby świat na chwilę nie musiał być komentowany, a ja nie musiałbym nad nim panować.
A jednak – przy okazji wernisażu – nagle trzeba. Zrobić wersję „o mnie”, którą da się szybko przeczytać. Skompresować lata patrzenia w kilka zgrabnych akapitów. Wcisnąć swoją wrażliwość w ramki formatu A4, najlepiej tak, żeby się nie rozlała.
I jeszcze udawać, że to naturalne.
Jest w tym coś ironicznego: wystawa ma być o zdjęciach, a pierwszy odruch świata jest taki, żeby prześwietlić autora. Jakby trzeba było od razu sprawdzić, czy ja mam prawo mówić obrazem. Jakby fotografia sama nie wystarczała. Jakby kadr nie miał wartości, dopóki nie podłączymy go do człowieka i nie opowiemy tej historii na głos.
A ja? Średnio to lubię.
Nie dlatego, że wstydzę się swojej drogi. Tylko dlatego, że mam wrażenie, że w tym całym „mówieniu o sobie” łatwo zgubić najprostszy sens – że tu nie chodzi o mnie. To znaczy: jasne, chodzi, bo to moje zdjęcia, moje spojrzenie, moja wrażliwość. Ale kiedy człowiek zaczyna zbyt dużo tłumaczyć „kim jest”, to zdjęcia robią się nagle dodatkiem do autoprezentacji.
I wtedy coś się odwraca.
Zamiast obrazu, który prowadzi do emocji – mamy emocje, które prowadzą do obrazu.
A ja bym wolał odwrotnie.
Wolałbym, żebyś najpierw zobaczył zdjęcie, a dopiero potem – jeśli w ogóle – pomyślał o tym, kto je zrobił.
Kultura „mądrych opisów” i nadprodukcji znaczeń
Mam wrażenie, że żyjemy w czasach, w których obraz już nie wystarcza.
Musi jeszcze dostać dopisek. Interpretację. Małą rozprawkę. Najlepiej taką, która udowodni, że autor wie, co robi. I że odbiorca też wie, co ogląda. Bo dzisiaj nie wystarczy przeżyć – trzeba jeszcze umieć to przeżycie uzasadnić. Jakby wrażliwość bez przypisu była podejrzana.
Wokół sztuki narosła kultura „mądrych opisów”.
Wiecie, tych tekstów, które brzmią jakby powstały trochę dla samego brzmienia. Takich, które mają robić wrażenie, zanim jeszcze człowiek dotrze do zdjęcia. Takich, które zaczynają mówić o „transgresji”, „dekonstrukcji”, „liminalności”, „poszukiwaniu narracji w przestrzeni pomiędzy” – i człowiek już na starcie czuje, że jeśli nie zrozumie, to znaczy, że jest za mało dojrzały.
Nie mam nic przeciwko opowieści. Nie mam nic przeciwko kontekstom. Sam lubię historie. Sam piszę. I wiem, że czasem tekst potrafi pomóc zobaczyć więcej.
Ale jest cienka granica.
Opis może być światłem. Może delikatnie odsłonić.
Albo może być zasłoną. Może zakryć wszystko, co najważniejsze.
I czasem mam wrażenie, że te „mądre opisy” powstają nie po to, żeby coś wyjaśnić, tylko po to, żeby uciszyć niepewność. Żeby zdjąć z nas ryzyko patrzenia. Bo patrzenie naprawdę jest ryzykiem: możesz coś poczuć. Możesz nie umieć tego nazwać. Możesz się zawstydzić, że cię ruszyło „coś tak prostego”. Możesz trafić na prawdę, której akurat nie chciałeś.
Więc dostajesz opis.
Wchodzisz w gotową interpretację jak w wygodny płaszcz. Miękki, znany. I wtedy już nie musisz się bać, że nie będziesz wiedział „o co chodzi”. Bo opis cię poprowadzi.
Tylko że w tym wszystkim ginie coś bardzo podstawowego: prawo do własnego odbioru.
Prawo do ciszy.
Prawo do tego, że obraz może być po prostu obrazem.
Prawo do tego, że nie musisz być błyskotliwy, żeby być poruszony.
Znam to też z drugiej strony. Z własnej głowy. Fotograf robi zdjęcia, a potem pojawia się pokusa, żeby je obudować znaczeniem, bo może bez znaczenia nie przetrwają. Może nikt ich nie zauważy. Może trzeba im pomóc. Może trzeba dopowiedzieć.
I to jest ten moment, w którym bardzo łatwo się okłamujemy.
Bo jeśli zdjęcie działa – ono nie potrzebuje ratunku. Ono się broni.
A jeśli nie działa – to opis nie zrobi z niego dobrej fotografii. Może tylko przykleić mu maskę.
Dlatego „Bez Wyjaśnień” jest w pewnym sensie wystawą przeciwko tej kulturze. Przeciwko temu przymusowi nadawania sensu, zanim w ogóle zdążysz się zatrzymać. Przeciwko temu, że wszystko musi być „o czymś”, najlepiej w sposób możliwy do opowiedzenia w trzech zdaniach.
Nie. Nie musi. Czasem najuczciwsze jest właśnie to, że nie wiemy. Że stoimy. Że patrzymy. I że w środku coś się przesuwa – ale jeszcze nie mamy na to słowa.
Ludzie boją się ciszy, bo w ciszy wraca prawda
Najbardziej niewygodna rzecz, jaką można dziś zaproponować człowiekowi, to cisza.
Nie cisza jako brak dźwięku. Tylko cisza jako sytuacja. Stan. Przestrzeń, w której nie ma się za czym schować. W której nie można od razu zagadać emocji, obrócić jej w żart, przykleić etykiety, przełączyć na kolejne bodźce. W tej ciszy stajesz się nagi!
Bo cisza jest brutalnie uczciwa. Nie pyta, czy masz na nią czas. Nie pyta, czy jesteś gotów. Po prostu jest. I właśnie dlatego ludzie się jej boją. Bo w ciszy wraca prawda.
Wraca to, co było przykryte hałasem dnia. Wraca to, co człowiek wygłuszał przez miesiące albo lata: jakieś straty, jakieś napięcia, jakieś niedopowiedziane sprawy. Wraca wstyd, który wydawał się już nieważny. Wraca tęsknota, którą udawałeś, że masz pod kontrolą. Wraca wzruszenie, którego nie wypada mieć w miejscu publicznym. Wraca samotność, której nie lubisz nazywać po imieniu.
I wtedy nagle okazuje się, że cisza nie jest pusta. Cisza jest pełna. Pełna tak bardzo, że aż trudno w niej oddychać.
Dlatego świat robi wszystko, żeby jej nie było. Dlatego żyjemy w czasach, w których prawie wszystko jest tłem dźwiękowym do czegoś innego. Muzyka do sprzątania. Podcast do drogi. Film do zasypiania. Radio do gotowania. Reels do przerwy. Coś ma gadać, żeby człowiek przypadkiem nie usłyszał siebie.
Cisza przypomina za dużo. Cisza odbiera komfort. Cisza nie pozwala udawać, że wszystko jest w porządku.
I to jest też powód, dla którego ludzie tak łatwo uciekają w „mądre opisy”. Bo opis robi dokładnie to samo co hałas: daje dystans. Daje kontrolę. Pozwala patrzeć na emocję z bezpiecznej odległości. Możesz powiedzieć: „to interesujące”, zamiast powiedzieć: „to mnie dotknęło”.
A „Bez Wyjaśnień” nie daje tego komfortu.
To jest wystawa, która nie chce cię prowadzić. Nie chce cię uspokajać. Nie chce ci powiedzieć, że wszystko jest logiczne. Nie daje mapy emocji.
I kiedy zostajesz sam ze zdjęciem – bez instrukcji, bez podpórki, bez kontekstu podanego jak na tacy – to zaczynasz widzieć rzeczy, których nie planowałeś zobaczyć. Bo obraz, który milczy, robi coś szczególnego: on nie wchodzi w dialog z twoim rozumem. On wchodzi w dialog z tobą. Z twoją pamięcią. Z twoimi skojarzeniami. Z tym, czego nie mówisz na głos.
I nagle pojawia się ten dziwny moment: patrzysz na fotografię, a ona nie opowiada ci o mieście, o ulicy, o miejscu. Ona opowiada o tobie.
Dlatego ludzie boją się ciszy. Bo w ciszy zdjęcia przestają być ładne albo nieładne. Przestają być „technicznie dobre” albo „ciekawe”. Przestają być kolejnym obrazkiem do oceny.
W ciszy zdjęcie staje się pytaniem. A pytania bywają trudniejsze niż odpowiedzi.
„Bunkier”: zanurzenie jako metoda (słuchawki, światło, cisza + audio tła)
Wernisaż jest potrzebny. Naprawdę. Lubię to spotkanie, tę energię, te rozmowy przy wejściu, te uśmiechy, które mówią więcej niż zdania. Lubię moment, w którym ludzie przychodzą i przez chwilę jesteśmy w jednym miejscu, z jednego powodu. Jest w tym wspólnota. Jest święto.
Tylko że „Bez Wyjaśnień” nie jest wystawą, którą najlepiej ogląda się w tłumie.
I to nie jest zarzut wobec ludzi. To po prostu natura tej historii. Jeżeli coś ma pracować ciszą, to tłum robi z tego hałas. Jeżeli coś ma działać niedopowiedzeniem, to przerywane zdania i szybkie kroki robią z tego spacer po powierzchni.
Dlatego ja od razu – bez udawania, bez kokieterii – chcę powiedzieć jedno: jeśli chcesz poznać tę wystawę naprawdę, przyjdź też drugi raz.
Przyjdź sam. W zwykły dzień. Bez pośpiechu. Bez „chodź, zobacz jeszcze tamto”. Przyjdź wtedy, kiedy sala jest pusta i słychać własne kroki.
Bo ta przestrzeń w JDK ma w sobie coś, co ja lubię najbardziej. Ona potrafi być jak bunkier. W dobrym znaczeniu. Nie w sensie schronu przed wojną, tylko schronu przed światem. Miejsca, gdzie bodźce nie wchodzą razem z tobą. Miejsca, gdzie światło nie musi walczyć z neonami ulicy i z dźwiękiem miasta. Miejsca, które nie prosi, żebyś mówił.
Wchodzisz i nagle jest inaczej. A potem zaczyna działać to, co dla mnie w fotografii jest najważniejsze: zanurzenie. Zanurzenie w ciszy.
Zanurzenie w obrazie. Zanurzenie w tym wszystkim, co przygotowałem właśnie po to, żeby te zdjęcia można było poczuć głębiej – nie szybciej, nie ładniej, nie bardziej „pod publikę”. Głębiej. Bo zdjęcia nie są do zaliczenia. Zdjęcia są do tego, żeby chwilę z nimi wytrzymać. Nawet jeśli robi się niewygodnie. Dlatego powiem coś, co może brzmieć jak dziwna prośba na wystawę fotograficzną.
Zabierz słuchawki.
Serio.
Nie po to, żeby odciąć się od świata. Tylko po to, żeby wejść jeszcze mocniej w ten świat, który tu przygotowałem. Bo do „Bez Wyjaśnień” jest kilka teł audio. Kilka warstw dźwięku, które nie mają zastąpić ciszy, tylko ją domknąć. Dopowiedzieć. Czasem uratować. Czasem pozwolić przejść dalej. I ja bym chciał, żebyś najpierw spróbował bez tego. Żebyś najpierw wszedł w ciszę. Żebyś został z fotografiami sam na sam – tak długo, jak dasz radę. Bo ta cisza jest częścią wystawy tak samo jak kadry. Ona nie jest przerwą. Ona jest materiałem. A potem, kiedy już będziesz przebodźcowany ciszą, kiedy już nie będziesz dawał rady sam ze sobą i tym, co w tych zdjęciach wraca… wtedy odpal to, co będzie przygotowane. Nie jako muzykę w tle. Tylko jako drugi oddech. Jako uzupełnienie. Jako miękką warstwę pomiędzy tobą a fotografiami, kiedy zaczynają mówić ciszą za głośno. I dopiero wtedy może się okazać, że „Bez Wyjaśnień” ma jeszcze jeden rytm. Że nie działa tylko ciszą. Że cisza i dźwięk potrafią się tu zmieniać miejscami. Jak w życiu.
Wernisaż jako piękny hałas
Wernisaż jest dziwnym zwierzęciem.
Z jednej strony to jest ten wieczór, kiedy wszystko wreszcie żyje: ludzie przychodzą, sala się wypełnia, ktoś kogoś przytula, ktoś mówi „no w końcu”, ktoś stoi w drzwiach i jeszcze nie wie, czy już wejść, czy jeszcze udawać, że tylko przechodził obok. Jest hałas rozmów, jest śmiech, są te krótkie zdania rzucane w biegu, są spojrzenia, które mówią: „widzę, co zrobiłeś”, nawet jeśli nikt nie wie, jak to nazwać.
I w tym jest coś bardzo dobrego. Bo fotografia – choć rodzi się w samotności – kończy się w spotkaniu. Wystawa jest po to, żeby obraz przestał być prywatny. Żeby wyszedł do ludzi. Żeby zaczął żyć w cudzych głowach, nie tylko w mojej.
Tylko, że wernisaż ma też swoją cenę: tempo. Wernisaż jest jak szybki spacer po czyimś wnętrzu, kiedy wszyscy naokoło rozmawiają. Niby jesteś w środku, ale co chwilę coś cię wyciąga na zewnątrz. Ktoś zagaduje, ktoś się uśmiecha, ktoś chce zamienić dwa zdania, ktoś pyta „które jest twoje ulubione”, jakby to były chipsy w paczce. I w tym całym hałasie – paradoksalnie – łatwo przeoczyć ciszę.
A „Bez Wyjaśnień” jest przecież właśnie o ciszy. O tym, co nie jest podpisane. O tym, co nie jest wygodne. O tym, co wraca w człowieku, kiedy nikt mu nie pomaga tego zagadać. Dlatego na wernisażu dźwięk będzie ważny. Będzie muzyka. Będzie ta warstwa, która nie ma robić eventu, tylko prowadzić. Nie zagłuszać, tylko uzupełnić. Wprowadzić w rytm tej wystawy, zanim człowiek zdąży się rozproszyć.
Bo wiem, jak działa wernisaż: to nie jest moment na kontemplację. To jest moment na bycie razem. I nie chcę z tym walczyć. Chcę to przyjąć. Chcę, żeby ten wieczór był spotkaniem, a nie egzaminem z wrażliwości.
Żeby nikt nie musiał udawać, że stoi przed zdjęciem dziesięć minut, kiedy tak naprawdę ma ochotę podejść, spojrzeć i po prostu poczuć to pierwsze uderzenie – albo go nie poczuć.
To też jest uczciwe.
Ale nie oszukujmy się: wernisaż jest jak zwiastun. Dobry, emocjonalny, intensywny. Taki, który daje ci przedsmak. Tylko że wystawa zaczyna się naprawdę wtedy, kiedy ludzie wyjdą. Kiedy zgaśnie ten społeczny prąd. Kiedy zostaniesz sam z obrazami.
I dopiero wtedy – w tej ciszy, w tym „bunkrze” – wraca prawdziwa rozmowa między tobą a fotografią.
Wernisaż jest pięknym hałasem. I ja go potrzebuję tak samo jak ty. Tylko nie mylmy go z całością. Bo „Bez Wyjaśnień” nie jest po to, żeby było głośno. Jest po to, żebyś w pewnym momencie usłyszał, jak głośna potrafi być cisza.
Można dziś wszystko opisać.
Da się opisać emocję, zanim zdąży się wydarzyć. Da się opisać obraz, zanim człowiek na niego spojrzy. Da się opisać ciszę, żeby przypadkiem nie zabrzmiała zbyt prawdziwie.
I właśnie dlatego tak wielu ludzi nie wytrzymuje ciszy. Bo cisza nie daje się ułożyć w bezpieczną historię. Nie da się jej zamknąć w podpisie. Nie da się jej przykryć słowem, które brzmi mądrze. W ciszy nie da się udawać. W ciszy wychodzi to, co w człowieku jest nieułożone. Niezałatwione. Nienazwane. I nagle okazuje się, że największym hałasem nie jest wernisaż, nie są rozmowy, nie jest muzyka – tylko ty sam, kiedy zostajesz sam ze sobą.
Dlatego ta wystawa jest zrobiona tak, jak jest. Z ciszą na start. Z obrazami, które nie proszą o interpretację. Z dźwiękiem przygotowanym na moment, kiedy będziesz musiał złapać oddech, bo zrobi się za blisko.
Bo ja nie chciałem zrobić wystawy do oglądania. Ja chciałem zrobić wystawę, która sprawdza, czy jeszcze potrafisz zostać na chwilę bez obrony.
I teraz najważniejsze: Jeśli wyjdziesz z sali i od razu będziesz umiał wszystko o tym opowiedzieć – to znaczy, że nic cię nie dotknęło. Jeśli wyjdziesz i przez chwilę nie będziesz miał słów – to znaczy, że trafiłeś w sedno.
I właśnie o to chodzi.
Nie o to, żebyś zrozumiał. Tylko o to, żebyś poczuł prawdę – zanim świat zdąży ci ją wytłumaczyć.






























































