Kiedy opublikowałam poprzedni felieton o metodach dyrektora–likwidatora, nie spodziewałam się takiej reakcji. Komentarze, wiadomości prywatne, telefony. Ten szpital żyje lękiem. I ten lęk wreszcie mówi głośno.
Przychodzą sygnały o tym, co dzieje się w kolejnych oddziałach, w poradniach, w rejestracjach, w pracowniach. Ludzie tracą pracę z dnia na dzień. Bez dialogu, bez rozmowy, bez wyjaśnień.
Pisze jedna z osób:
„Dyrektor nie przedłuża umów nikomu. […] w nowym roku ma być zwolnionych 200 osób”
„pozbywa się osób z orzeczeniem, a lekarze sami przenoszą się do innych placówek.”
To nie są pojedyncze wyjątki. To staje się zasadą zarządzania.
I znów pytanie: dokąd zmierzamy?
Strach narzędziem zarządzania
W jasielskim szpitalu strach już nie jest emocją – jest narzędziem zarządzania. Nowy dyrektor nie przedstawił żadnej wizji, żadnego programu naprawczego, żadnej mapy działań. Jest jak wrogi czołg: zamykanie, wypowiadanie, zrywanie rozmów. Bez wyjaśnień, bez konsultacji, bez planu.
Zamiast rozmawiać – straszy.
Zamiast negocjować – rzuca: „nie mamy o czym rozmawiać”.
Zamiast szukać rozwiązań – likwiduje kolejne obszary działalności.
A starosta i Zarząd Powiatu milczą. Jakby wszystko działo się samo. Jakby to nie on podpisał kontrakt z człowiekiem, którego metody były znane na Podkarpaciu od lat.
Krok po kroku
Najpierw likwidacja dermatologii. Nie musiało wcale do tego dojść! I co jakże wymowne, smutne i przerażające, że nie było żadnych społecznych protestów, żadnych pikiet niezadowolonych pacjentów… cisza była wymowna.
Następnie rehabilitacja: 11 osób z Centrum Rehabilitacji, w tym specjalistki z wieloletnim doświadczeniem – mają stracić pracę. „Bo NFZ obciął środki”. Bo ktoś popełnił błąd przy składaniu wniosku i nie poniósł żadnych konsekwencji z tego tytułu? I dlaczego dyrektor nie szukał innych form zabezpieczenia dochodów i zajęć dla zwalnianych specjalistów? Dlaczego od razu zwolnienia, zamiast restrukturyzacji świadczeń i ich promocji, elastycznego grafiku, lepszej organizacji pracy?
To nie jest zarządzanie – to manipulacja, która ma przykryć brak pomysłu.
Ortopedia na plusie czy na minusie?
Potem przyszła kolej na ortopedię. Oddział, który mógłby generować znaczące przychody – gdyby ktoś wreszcie przeprowadził prawdziwy rachunek kosztów. Ale w jasielskim szpitalu wszystko trafia do jednego worka.
Koszt administracji? Na ortopedię.
Koszt energii? Na ortopedię.
Koszty wspólne, nieprzypisane? Na ortopedię.
Jak w takim układzie mówić o dochodowości lub stratach? Jak podejmować decyzje? Od lat prosimy o jawność. O rozpisanie kosztów według miejsc ich powstawania. Bez tego każda rozmowa o opłacalności oddziałów jest fikcją
Dlaczego wciąż jest to „tajemnica”? Co ukrywa szpital? A może ujawnienie prawdy obnażyłoby nieudolność decydentów?
Przywołana ortopedia jest oczywiście tylko przykładem, chcę pokazać mechanizm.
Czy ortopedia przynosi straty?
A może byłaby filarem przychodów, gdyby dyrekcja wprowadziła realny, chciałoby się napisać sprawiedliwy rachunek wyników. A może na początek chociaż przejrzysty system ewidencji i rozdziału kosztów i zapewniła normalne warunki pracy lekarzom i pielęgniarkom?
Dlaczego szpital nie ogłosił konkursów na świadczenia? Nie zaproponował umowy o pracę, nie usiadł do stołu i nie zmienił treść umów – tak jak robią to inne placówki w regionie – tylko zmusza lekarzy do podpisywania krótkich aneksów, chaotycznych, niezgodnych z ich poczuciem bezpieczeństwa?
Umowy o pracę tak, konkursy z jasno określonymi regułami i zasadami wynagradzania za efektywną pracę tak, prowizorki nie, bo w tym kraju najdłużej trwają prowizorki i najwyższy czas z tym skończyć!
Płyną do mnie sygnały z innych oddziałów i poradni, że tam też „syndrom dyrektora Przybycienia” zadziałał podobnie.
Chirurgia i anestezjologia – serce szpitala duszone decyzjami
Najmocniejsze relacje płyną z bloku operacyjnego. Zamknięcie jednej z sal operacyjnych pod pretekstem remontu – to jedna z pierwszych decyzji dyrektora. I co? Miał być zakończony do końca roku a nawet się jeszcze nie rozpoczął.
Na chirurgii mogłyby być dodatnie wyniki, gdyby było więcej anestezjologów, gdyby blok pracował dwadzieścia godzin na dobę, na trzech salach, a nie na dwóch. Idźmy dalej tym tokiem. Co ma zrobić chirurg, jak nie ma anestezjologa? Może pojechać do Zimnej Wody? U innych NFZ i komercja idą razem. U nas zero pomysłów, zero odpowiedzialności.
To jest matematyka, nie emocje:
– bez anestezjologów nie ma operacji,
– bez operacji i skomplikowanych, dobrze wycenianych procedur medycznych nie ma przychodów,
– bez przychodów szpital tonie.
Czy ktoś pomyślał, co będzie, jeśli zabraknie ludzi, którzy podają znieczulenie?
Zero pomysłów, zero odpowiedzialności. U nas się likwiduje, zamyka, straszy…
I tu dotykamy sedna.
Każdy szpital, który chce ratować finanse, wzmacnia obszary zabiegowe. To elementarz.
Ale w Jaśle, zamiast wzmacniać blok operacyjny i negocjować z anestezjologami – dyrektor zrywa z nimi rozmowy. Nagle. Bezemocjonalnie. Bez argumentów.
Czy naprawdę ktoś chce doprowadzić do sytuacji, w której brak anestezjologów stanie się „argumentem” do zamknięcia kolejnych sal operacyjnych?
Najboleśniejsze świadectwa
Najbardziej przejmujące są jednak słowa opiekunki medycznej z orzeczeniem o niepełnosprawności, samotnej matki:
„Zostałam bez pracy, bo dyrektorowi się nie opłaca. A przecież PFRON dopłaca do takiego pracownika. Opiekun medyczny był przy pacjencie, na każde zawołanie, kto go teraz zastąpi.”
Albo pytanie, które powtarza się w wielu wiadomościach:
„Dlaczego dyrektor i Zarząd Powiatu boją się stanąć przed mieszkańcami i pokazać plan zmian? Czy milczenie nie jest dowodem lekceważenia?”
Dlaczego?
Bo kiedy nie ma planu, nie ma co pokazywać.
A gdy zarządza się strachem, cisza jest potrzebna, żeby nikt nie zadawał pytań.
Winy nie da się przerzucić
Tu nie chodzi o jednostkowe decyzje.
Tu widać całą logikę działania:
– brak analizy kosztów,
– brak wizji,
– brak transparentności,
– brak dialogu z personelem,
– brak odpowiedzialności kadry zarządzającej i zwierzchnictwa służbowego,
– brak realnej kontroli organów samorządu powiatowego.
A przede wszystkim:
– używanie kryzysu finansowego jako alibi do niszczenia kolejnych oddziałów.
Władza powiatowa boi się o tym mówić.
Bo wie, że winy nie da się już przerzucić na „system”, „rząd”, „NFZ”, „brak kadr” i „siły wyższe”.
Za to, co dzieje się w jasielskim szpitalu, odpowiadają konkretne osoby:
– dyrektor Henryk Przybycień,
– Zarząd Powiatu, który kolejnymi osobom powierzał funkcję dyrektora szpitala, w tym ostatnio Przybycieniowi, a teraz udaje, że nie widzi, co się dzieje, i nic nie robi,
– starosta, który jest zwierzchnikiem służbowym dyrektora, bez którego akceptacji nic nie mogło wydarzyć się nie tylko w szpitalu, ale w każdych powiatowych jednostkach, teraz udaje, że za zarządzanie i decyzje odpowiada dyrektor.
Jeśli nie zatrzymamy tej spirali, obudzimy się w powiecie bez rehabilitacji, bez ortopedii, bez anestezjologów, bez opiekunów medycznych – i bez nadziei na zabieg w Jaśle.
A wtedy pozostanie nam tylko jedno pytanie:
Kto poniesie odpowiedzialność, gdy pacjent zapłaci życiem za czyjąś polityczną wygodę i menedżerską amatorkę?
Ewa Wawro
subiektywny obserwator





























































