Po ostatnim felietonie – Szpital na krawędzi. A my pchamy go dalej ku przepaści – odezwało się środowisko lekarskie. Usłyszałam, że to nieprawda, że to narracja „prodyrektorska”, że przerzucam odpowiedzialność za sytuację szpitala na lekarzy. Tyle tylko, że ja tej odpowiedzialności nie przerzucam – ja ją opisuję tak, jak jest przedstawiana. To dyrektor i część narracji wokół szpitala wskazują lekarzy, jako jedną z głównych przyczyn problemów finansowych, a lekarze – co naturalne – bronią się przed takim ujęciem sprawy.
I właśnie dlatego ten temat trzeba było ruszyć. Nie po to, żeby kogokolwiek oskarżać, tylko po to, żeby przestać udawać, że problem nie istnieje albo że da się go zamknąć w kilku wygodnych zdaniach.
Od lat słyszymy tę samą opowieść: że szpitale upadają, bo system jest zły, że służba zdrowia w Polsce jest niewydolna, że kolejne rządy nie potrafią tego naprawić. I oczywiście – w tym jest sporo prawdy. Tylko że to nie jest cała prawda. Bo równolegle, obok tego wielkiego, ogólnopolskiego problemu, mamy coś znacznie bliższego – nasz własny szpital, który zsuwa się coraz szybciej po równi pochyłej. I nie da się już udawać, że to wyłącznie wina „systemu”. To w dużej mierze efekt złego zarządzania i braku realnego nadzoru ze strony starosty.
Mówiliśmy o tym od lat. Na sesjach, w interpelacjach, w rozmowach, w artykułach. Powtarzaliśmy, że jest źle i że będzie gorzej. W odpowiedzi słyszeliśmy: „to system”. Tymczasem po cichu, w kuluarach, wielu mówiło zupełnie co innego – że problem jest u nas, w środku. I tu pojawia się pytanie, które dziś wraca ze zdwojoną siłą: dlaczego mówiono o tym tylko szeptem? I dlaczego władze przez lata przymykały oko na te szepty? Może dlatego, że nie były krzykiem.
Zacznijmy od tego, co wzbudziło największe emocje, czyli zarobków lekarzy.
Tak – są w naszym szpitalu kontrakty, które w skali miesiąca dają kwoty rzędu 100 czy 120 tysięcy złotych. I nie jest to wiedza z jednego źródła. Ale uczciwie trzeba powiedzieć coś jeszcze, czego w tej dyskusji często brakuje. Te pieniądze nie biorą się z „jednego etatu”. One są efektem ogromnej liczby godzin pracy. Dyżurów, często dzień po dniu, pracy na SOR-ze, którego wielu lekarzy unika jak ognia, a który ktoś musi zabezpieczyć. To jest w praktyce praca na dwa, a czasem trzy etaty, rozciągnięta na tygodnie bez normalnego rytmu pracy, bez wolnych świąt.
Jeżeli stawka godzinowa w najwyższych przypadkach sięga około 300–330 złotych, a tych godzin jest po prostu bardzo dużo – to w naturalny sposób robią się takie, a nie inne miesięczne kwoty. Do tego dochodzi specyfika kontraktów: lekarz wystawia fakturę, sam odprowadza podatki i składki, bierze na siebie ryzyko działalności, a szpital nie ponosi kosztów pochodnych, które przy etatach są znaczące.
To wszystko trzeba widzieć, jeśli chcemy mówić uczciwie.
Ale jednocześnie nie zmienia to faktu, że dla szpitala są to realne, bardzo wysokie koszty i że ktoś musi odpowiedzieć na pytanie, czy taki model jest do utrzymania w powiatowej placówce, która od miesięcy balansuje na granicy wydolności finansowej.
Wczorajsza Rada Społeczna Szpitala przyniosła jeszcze jeden istotny wątek.
Nie zmieniła się rzeczywistość, zmieniła się narracja dyrektora. Już nie tylko lekarze pojawiają się w kontekście problemów finansowych. Na pierwszy plan wysunęły się roszczenia pielęgniarek – chodzi o dyskryminację płacową związaną z ustawą o wynagrodzeniach, które w dużej mierze są przez szpital przegrywane albo najpewniej będą przegrane. I padło bardzo mocne zdanie: że jeśli szpital upadnie, to właśnie przez te roszczenia.
Trudno nie zauważyć, że w tej opowieści coraz łatwiej wskazać kolejne grupy zawodowe jako „źródło problemu”. Najpierw lekarze, teraz pielęgniarki, za chwilę być może ktoś kolejny. A przecież to nie jest system, w którym każda grupa nagle zaczęła działać przeciwko szpitalowi. To jest system, który przez lata był zarządzany w określony sposób i dziś zbiera tego konsekwencje.
Ten felieton – podobnie jak poprzedni – nie jest przeciwko lekarzom ani przeciwko pielęgniarkom, nie jest przeciwko komukolwiek. Jest przeciwko milczeniu i zamiataniu spraw pod dywan.
Dlatego jeśli ktoś pyta, po co takie teksty piszę, odpowiedź jest prosta: żeby wreszcie ktoś wyszedł z tej strefy komfortu i powiedział głośno, jak naprawdę wygląda sytuacja szpitala. Bo bez tego dalej będziemy funkcjonować w dwóch rzeczywistościach – tej oficjalnej, wygładzonej, i tej prawdziwej, o której mówi się tylko po cichu.
Prawda jest taka, że w rozmowach prywatnych wszyscy wiedzą znacznie więcej. Padają konkretne kwoty, konkretne nazwiska, konkretne decyzje. Natomiast kiedy przychodzi moment, żeby powiedzieć to publicznie, nagle zapada cisza.
Na Radzie Społecznej było kilku lekarzy. I nie padło ani jedno słowo z ich strony. A szkoda, bo zapewne mieliby sporo do powiedzenia. Bez tej rozmowy – uczciwej, otwartej, czasem niewygodnej – nie ruszymy dalej. Możemy pisać kolejne raporty, możemy przerzucać się odpowiedzialnością, możemy wskazywać kolejnych „winnych”, ale to niczego nie zmieni.
A szpitala nie da się uratować szeptem.
Ewa Wawro
radna RPJ
subiektywny obserwator































































