Czy można samemu sobie wystawić ocenę? A potem jeszcze pewnie przyznać sobie nagrodę? W świecie normalnych zasad byłoby to co najmniej niestosowne. Ale w samorządzie? W samorządzie to standard. I choć zgodne z prawem – to czy naprawdę uczciwe?
Właśnie skończyliśmy procedury absolutoryjne. Wotum zaufania – jest. Sprawozdania zatwierdzone. Absolutorium – jest. Wszystko się zgadza, wszystko według procedury. Ale może właśnie z tą procedurą coś jest nie tak?
Bo oto siedzi przed nami Zarząd Powiatu – organ wykonawczy, który rozliczamy za miniony rok. A potem ten sam Zarząd – tyle, że już jako radni – głosuje… sam na siebie. Bez mrugnięcia okiem mówią: „Tak, daję sobie absolutorium”. I nagle matematyka się zgadza – większość jest. Uchwała przechodzi.
Tyle że bez ich głosów… sytuacja mogłaby diametralnie ulec zmianie. Może by się okazało, że dotychczasowi „sędziowie we własnej sprawie” musieliby się czerwienić i gęsto tłumaczyć.
I nie, nie piszę tego z pozycji obrażonej opozycji. Piszę jako osoba, która wierzy w sens samorządu – jako wspólnoty, nie maszynerii głosującej „za” bez zastanowienia. Bo gdzie tu sens, kiedy ktoś ocenia samego siebie? Jaką wagę ma wtedy taka decyzja? Co mówi o odpowiedzialności, rzetelności, o zaufaniu mieszkańców?
Tak, wiem – wszystko zgodne z prawem. Ustawa o samorządzie powiatowym nie zabrania radnym ubiegać się o członkostwo w organie wykonawczym (w odróżnieniu od gminy), a członkom zarządu głosować nad absolutorium czy wotum zaufania. Można. Ale czy wszystko, co wolno, jest zarazem moralne?
Gdyby członkowie Zarządu wyłączyli się z głosowania – z absolutorium mogłoby być różnie, może to byłby ten sygnał do zmian, realna kartka do refleksji, a nie malowana na żółto. To mówi więcej niż jakiekolwiek sprawozdanie. Bo jeśli nie masz większości w Radzie poza sobą samym – to może warto się zastanowić nie nad opozycją, tylko nad sobą?
Pytanie podstawowe brzmi: po co w ogóle ta procedura, skoro można być jednocześnie rozliczanym i rozliczającym? Sędzią we własnej sprawie? Czy to naprawdę ma coś wspólnego z odpowiedzialnością publiczną? Czy może raczej z politycznym teatrem, w którym wynik głosowania znany jest jeszcze przed otwarciem sesji?
Nie oczekuję cudów. Ale marzy mi się samorząd, w którym choć raz ktoś powie: „Nie, nie będę głosował w swojej sprawie, to nie fair”. W którym autentyczna debata wyprzedza decyzję, a nie jest jej przykrywką, ustawowym obowiązkiem, w którym wynik głosowania nie zależy od arytmetyki, tylko od oceny merytorycznej.
Bo jeśli sam sobie wystawiasz laurkę – to sorry, ale nie oczekuj, że ktoś jeszcze weźmie ją na poważnie.
Ewa Wawro
subiektywny obserwator































































