Kiedy władza powiatowa ogłaszała konkurs na dyrektora Szpitala Specjalistycznego w Jaśle, karmiono mieszkańców narracją o „ratowaniu placówki”, „naprawie finansów” i „konieczności profesjonalnego zarządzania”. Miało być odważnie, nowocześnie, z wizją. Miała nadejść długo wyczekiwana stabilizacja, wreszcie ktoś kompetentny – ktoś, kto podniesie ten szpital z kolan.
I przyszedł. Tyle że nie ratownik. Tylko likwidator.
Najpierw, w białych rękawiczkach – na wniosek zainteresowanej, pozbyto się poprzedniej dyrektor, z dnia na dzień, bez pardonu. „Złożenie rezygnacji” – tak, oczywiście zostaje przyjęte bez refleksji, dyskusji, bo to oświadczenie woli. Wszyscy, którzy mają cokolwiek wspólnego z samorządem, wiedzą, jak wygląda „dobrowolna” rezygnacja składana po nagłej i bardzo „przekonującej rozmowie”.
Wtedy wielu z nas jeszcze miało nadzieję, że skoro tak brutalnie odsunięto osobę, która nie poradziła sobie z zapaścią finansową szpitala, to w jej miejsce przyjdzie ktoś naprawdę z misją, kto zrozumie, że ten szpital to nie budynek, nie numer w sprawozdaniu finansowym, nie słupki w Excelu – tylko ludzie. Pacjenci i pracownicy.
Tymczasem dziś widzimy jedno: misją nowego dyrektora nie jest naprawa. Jest rozbiórka.
Najpierw dermatologia. Zlikwidowana bez wahania – oddział, który miał taką długą i bogatą historię, który miał pacjentów, potrzebę i sens istnienia. A jak wygląda proces zamknięcia oddziału i jakie są jego skutki, w tym pracownicze, tradycyjnie cisza. Teraz przyszła kolej na rehabilitację. Pismo poszło do związków zawodowych: 11 osób do zwolnienia. Rehabilitanci, technicy, fizjoterapeuci – zespół, który od lat dźwigał na barkach tysiące pacjentów: po udarach, po wypadkach, chorobach onkologicznych, pediatrycznych, geriatrycznych. Ludzi, którzy bez rehabilitacji tracą sprawność, czasem bezpowrotnie.
Powodem jest ponoć obcięcie kontraktu z NFZ. Ok, powód jest, tu też ktoś zawinił składając słabiutki, żeby nie napisać wręcz marny, wniosek do NFZ na finasowanie zabiegów rehabilitacyjnych, ale już jakoś nie słychać nic o tym by winny się znalazł i że poniesie konsekwencje. Ale za to poniosą je pracownicy.
I co zrobił dyrektor by ratować Centrum Rehabilitacji? Nic. Żadnych konsultacji, żadnego dialogu, żadnego trybu naprawczego. Decyzje podejmowane z taką emocjonalną temperaturą, jakby podpisywał listę zakupów w markecie, za które kto inny zapłaci.
W szpitalu panuje dziś strach. Prawdziwy, namacalny, paraliżujący. Pracownicy rozmawiają szeptem. Nikt nie wie, kogo dyrektor „odetnie” jutro.
Wszyscy rozumieją jedno: ten człowiek nie przyszedł budować. Ten człowiek przyszedł kończyć.
Patrząc na skalę i logikę działań, narzuca się bardzo niewygodne pytanie:
Czy ktoś celowo postawił na czele jasielskiego szpitala osobę, która ma przejść jak czołg i wyczyścić teren – bez emocji, bez refleksji, bez patrzenia ludziom w oczy i odejść?
Bo to, co dziś obserwujemy, nie przypomina restrukturyzacji. To planowa redukcja znaczenia szpitala. Oddział po oddziale. Zespół po zespole. Człowiek po człowieku.
Pytanie nie brzmi już „czy ktoś zatrzyma ten proces”.
Pytanie brzmi: ile jeszcze musi zostać zlikwidowane, by wreszcie wszyscy zrozumieli, że to nie jest leczenie szpitala, tylko amputacja bez znieczulenia?
To nie jest tylko wewnętrzny problem pracowników. To problem każdego mieszkańca powiatu jasielskiego. Bo kiedy przyjdzie moment, w którym rehabilitacja będzie potrzebna nam, naszym rodzicom, naszym dzieciom – okaże się, że ona już nie istnieje. Bo ktoś zdecydował, że nie opłaca się jej u nas utrzymywać, ale w innych placówkach opieki zdrowotnej już tak. Dziwnym trafem złożyli prawidłowe wnioski i mogą liczyć na środki z NFZ.
Dziś protestują pracownicy. Jutro protestować będą pacjenci. Pojutrze może być już za późno.
Szpital nie pada dlatego, że ludzie są słabi. Szpital pada dlatego, że ktoś podjął decyzję, by przetrącić mu kręgosłup.
I nie można udawać, że tego nie widzimy.
Ewa Wawro
subiektywny obserwator





























































