wtorek, 16 sierpnia, 2022

Miłość ponad wszystko

0
Miłość ponad wszystko
Udostępnij:

Dwa miesiące przed planowanym ślubem Ewelina miała wylew. Przez cztery lata walczyła o życie. Cały czas niestrudzenie towarzyszył jej w tym Paweł. Razem przechodzili przez to wszystko, razem zmagają się z chorobą nadal. I głęboko wierzą, że już wkrótce Ewelina w pełni stanie na nogi.

Ewelina Szot, z domu Adamik, mieszkanka Harklowej w powiecie jasielskim, ma dziś 25 lat. Pochodzący z Lipnicy Górnej, w tym samym powiecie, Paweł Szot, od dwóch lat mąż Eweliny, na 28 lat. Są jeszcze bardzo młodzi, a już przeżyli wiele. Można powiedzieć zbyt wiele. Przeżyli tragedię, która całkowicie zmieniła ich życie. Na szczęście nie zniszczyła ich miłości.

Był początek lipca 2010 r. Ewelina, zdrowa i wysportowana członkini Ochotniczej Straży Pożarnej, tancerka w miejscowym zespole i jej narzeczony Paweł, pracownik branży IT, zakochani i szczęśliwi, dopinali przygotowania do zaplanowanego na wrzesień wesela. Los chciał jednak inaczej. Musieli przełożyć ten upragniony dzień, na niekreśloną jeszcze wówczas przyszłość. Ewelina miała wylew.

Jak grom z jasnego nieba

Nic nie zapowiadało tragedii, jaka wydarzyła się w ich życiu. W szpitalu w Jaśle stwierdzono wylew spowodowany pęknięciem naczyniaka. Lekarze nie dawali nadziei. Rodzina zaczęła szukać pomocy w szpitalu w Rzeszowie. Tam po raz pierwszy ją zoperowano, ale rokowania były tragiczne. Nie dawano jej praktycznie żadnych szans, lekarze mówili: godzina, dwie, może do jutra … Po dwóch tygodniach z intensywnej terapii przeniesiono Ewelinę na neurochirurgię. Tam się stopniowo wybudzała i dochodziła do siebie. Pozostała tylko mała niesprawność ruchowa i zez, który ma zresztą do dzisiaj. Widzi podwójnie, ale okulary korygują wadę.

Badania specjalistyczne wykazały, że dziewczyna ma w mózgu dużego naczyniaka, którego nie da się operować. Jedynym wyjściem była embolizacja, polegająca na wejściu cewnikiem przez żyłę udową do mózgu i wzmocnienie słabych naczyń krwionośnych „klejem”. Zabieg wiązał się z dużym ryzykiem. Nikt nie dawał gwarancji, że się powiedzie, ale rodzina uznała, że życie z tykającą bombą, to też wielkie ryzyko. Kilka godzin po zabiegu Ewelina miała drugi wylew. Znów wylądowała na OIOM-ie. Jej stan był fatalny, przez trzy miesiące nie oddychała samodzielnie, zero reakcji, pojawiło się za to wodogłowie, potem sepsa. Początkiem listopada przeniesiono ją na neurochirurgię. Wstawili jej do głowy zastawkę, która odprowadzała tworzący się w mózgu płyn do otrzewnej. Ważyła 38 kg, miała przykurcze na rękach i nogach. Styczeń i luty spędziła na oddziale rehabilitacji. Po wyjściu ze szpitala cały czas była intensywnie rehabilitowana nie tylko w ośrodku zdrowia, ale i w domu.

Do czerwca 2012 r. jej stan stopniowo się poprawiał. Potem zaczęła się czuć coraz gorzej, skarżyła się na silne bóle brzucha, robiła się otępiała. Rodzina jeździła z nią od lekarza do lekarza, wszyscy rozkładali ręce mówiąc, że nie widzą powodów do takiego stanu. W końcu Ewelina nie mogła już nawet pić i prawie traciła przytomność. Po trzech dniach leżenia w szpitalu w Jaśle wypisano ją do domu twierdząc, że nic się nie dzieje. Do Krosna początkowo nie chcieli jej przyjąć, ale Paweł błagał na litość by ją ratowali. Trafiła na neurologię. Po tygodniu jej stan znacznie się pogorszył, a lekarze dalej nie wiedzieli, co jest tego przyczyną.

Jednego dnia ordynator twierdził, że nie można jej nigdzie przewozić, a następnego dnia ją wypisał do domu, twierdząc, że oni nic tu nie pomogą – wspomina Paweł Szot, wówczas narzeczony Eweliny. – Ściągnąłem ordynatora z neurochirurgii z Rzeszowa, gdzie ją wcześniej operowali. Przyjechał, zbadał Ewelinę, wziął igłę ze strzykawką, wbił w brzuch i wyciągnął płyn. Od razu poczuła się lepiej, zaczęła nawet mówić.

Zlecona tomografia komputerowa wykazała, że w brzuchu zrobiła się torbiel, ponieważ rurka odprowadzająca wodę z mózgu zarosła i zbierał się płyn. W szpitalu w Rzeszowie, gdzie ją ponownie przewieziono, wymieniono Ewelinie zastawkę w głowie i podłączono do niej zewnętrzny worek, do którego spływał płyn. Usunęli jej także zrosty jelit, które w międzyczasie się pojawiły. I już się wydawało, że jest dobrze, stan dziewczyny stopniowo się poprawiał, aż tu pewnego dnia nagle straciła mowę, pojawiło się otępienie. Okazało się, że pielęgniarka opróżniająca worek z płynu, przy jego ponownym podpinaniu, zapomniała odkręcić zawór.

Przyjechałem rano do szpitala, patrzę, a tu zawsze wypełniony worek jest pusty, a Ewelina czuje się fatalnie. Dopiero, jak im pokazałem skąd to pogorszenie, to złapali się za głowy – relacjonuje Paweł.
Szybko kolejna operacja i nowa zastawka, znów z wewnętrznym odprowadzaniem płynu z mózgu. Ewelina ma ją do dziś.

W końcu się pobrali

3 października 2012 r. Ewelinę wypisano ze szpitala, a 23 października Paweł zaprowadził ją, a właściwie zawiózł na wózku do ołtarza. Nie trzeba nikogo przekonywać o tym, jakie to było wzruszające przeżycie, nie tylko dla młodych, także dla rodziny i gości weselnych. Podziw i wielki szacunek budzi jednak nie sam fakt, że odłożony ślub się odbył, ale niezłomna walka Pawła o to, by Ewelina wróciła do zdrowia. Ani przez chwilę nie zwątpił, nie odpuścił, poruszył niebo i ziemię, by ratować ukochaną. Przerwał studia, musiał więcej pracować bo choroba wymagała ogromnych nakładów finansowych. Praktycznie codziennie, choć na chwilę był przy niej.

Przez te cztery lata, kiedy Ewelina była chora zmieniałem pracę aż cztery razy, musiałem dużo pracować, bo pieniądze były nam bardzo potrzebne. Tylko na same dojazdy do Rzeszowa przez 3 miesiące, poszło około 10 tys. zł. Ale jak mogliśmy ją tam samą zostawić? Jak nie ja, to rodzice, codziennie ktoś musiał u niej być – podkreśla Paweł.

Potem zrezygnował zupełnie z pracy, by opiekować się żoną. Żyją z zasiłku dla opiekuna osoby niepełnosprawnej – całe 540 zł. Ewelina ma rentę – 609 zł.

To była dobrze przemyślana decyzja. Opieka nad Eweliną zajmuje praktycznie cały dzień, trzeba ją wozić na rehabilitację, do lekarzy, na badania… Rehabilitacja w domu też zajmuje sporo czasu. Przy naszej pomocy Ewelina już chodzi. Jeszcze podczas tych wakacji planujemy wyjście na Liwocz, gdzie jest kaplica z posągiem i krzyżem papieskim – mówi Paweł.

Niedawno zawiózł Ewelinę do ośrodka w Pajęcinie koło Rzeszowa. Mają tam lokomat, urządzenie do nauki chodzenia. Tylko tego dnia skorzystanie z niego było bezpłatne, normalna stawka za godzinę wynosi 250 zł.

– Urządzenie to jest przełomem techniki i jest bardzo skuteczne. Nie opłacałoby mi się tam dojeżdżać, ale istnieje możliwość uczestnictwa w turnusie rehabilitacyjnym w tej klinice, dwa lub trzy tygodnie. Tylko, że jedna doba pobytu w klinice kosztuje ponad 300 zł. Na szczęście mają podpisać umowę z NFZ i będzie szansa na refundowany pobyt. Może już w listopadzie – cieszy się Ewelina.

Tymczasem Paweł z teściem przymierzają się do budowy podobnego, ale oczywiście dużo prostszego, urządzenia wspomagającego naukę chodzenia. – Mamy jeden pokój do zagospodarowania, będzie gdzie postawić konstrukcję – z błyskiem w oku wyjaśnia Paweł.

Tak miało być?

Przed wylewem Ewelina była na stażu w jednej z podjasielskich firm, równolegle studiowała administrację publiczną. Liczyła na to, że dostanie stały angaż, niestety choroba wszystko pokrzyżowała. Szczęściem w nieszczęściu był fakt, że studiowała. Gdyby nie to, nie miałaby nawet ubezpieczenia. Za wszystko musieliby płacić sami.

Końcem lutego tego roku Ewelina zaczęła pisać bloga: „Pełnosprawni inaczej – czyli życie nie jest wcale takie złe…” Co ją skłoniło do ujawniania swoich osobistych przeżyć i prywatnych wspomnień?

– Ja to wszystko przeżyłam naprawdę i chciałam, żeby inni ludzie wiedzieli, przez co przeszłam. Może to, co mnie spotkało, zdarzyło się w jakimś celu? Może mam służyć radą, tym którzy tego potrzebują? Jeśli tylko ktoś potrzebuje rady i wsparcia duchowego, piszcie do mnie. Chętnie pomogę, jeśli będę umiała – wyjaśnia Ewelina. – Ktoś mi kiedyś powiedział, że człowiek dostaje tyle, ile może unieść. Widocznie ja mogę dużo udźwignąć, skoro pomimo tak ciężkich przeżyć nie załamuję się, myślę pozytywnie i potrafię cieszyć się z naprawdę małych rzeczy. Myślę, że moją postawą mogę dać przykład zarówno ludziom, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji, jak i ludziom zupełnie zdrowym, którzy przestali wierzyć we własne siły.

Pisanie bloga to dla Eweliny także relaks i oderwanie się od codziennej ciężkiej pracy związanej z rehabilitacją. – Pośród wielu rzeczy, jakie robię w trakcie dnia, muszę mieć jakąś odskocznię. Nie samą pracą człowiek żyje, a przy pisaniu bloga odpoczywam.

Wiara czyni cuda…

… to przeświadczenie towarzyszyło im przez cały czas choroby. Teraz są o tym święcie przekonani.

– Kiedy Ewelina leżała na oddziale intensywnej terapii podeszła do nas starsza pani i mówi, że śnił jej się papież Jan Paweł II i kazał jej powiedzieć nam o księdzu z Kraczkowej k. Łańcuta. Mówiła, że ten ksiądz ma pas papieża, za pośrednictwem którego dzieją się cuda – opowiada Paweł. – Niewiele myśląc wsiadłem w samochód i pojechałem. I faktycznie, niedługo po wizycie księdza w szpitalu Ewelinę wypisano z OIOM-u. Drugim razem pojechałem po niego końcem października i znów kilka dni po jego wizycie zaczęły pojawiać się pozytywne reakcje u Eweliny. Zaczęła ruszać stopą, ręką, zaczął się pojawiać oddech. Przyszedł do nas ordynator i mówi, że to niemożliwe, że to chyba jakiś cud. Po kolejnej wizycie księdza Ewelina odzyskała mowę. Do dziś utrzymujemy z nim kontakt, sami do niego jeździmy.

W trakcie choroby Eweliny Paweł pojechał także do Terespola, gdzie z ikony w tamtejszym kościele wysączył się olejek o uzdrawiającej mocy. – Pojechałem z bratem w sobotę, w ciemno. Uprosiliśmy księdza i dał nam maleńką fiolkę cudownego olejku. W niedzielę byłem już z nim u Eweliny, a kilka dni później wyszła ze szpitala.

To tylko miłość?

Dowody wielkiej miłości Pawła i Eweliny widać na każdym kroku. Uderza już przy pierwszym spotkaniu z tą niezwykłą parą. Czułe gesty, ciepłe spojrzenia i bijąca od nich radość, z tego, że są razem. Mimo wielkiej tragedii, jakiej doświadczyli, są bardzo pogodni, szczęśliwi i cieszą się każdym dniem życia. W ogromnej mierze to zasługa Pawła pomagającego Ewelinie walczyć z chorobą.

W ubiegłym roku Paweł został zgłoszony do popularnej akcji prowadzonej przez Bank BPH wspólnie z TVN oraz Onet. Każdego roku nagradzani są niezwykli ludzie, którzy zachowali się fair, wykazali się inicjatywą albo odwagą w niesieniu pomocy innym. Wprawdzie nie wygrał, ale już sama nominacja była wielkim wyróżnieniem.

W wersji papierowej tekst dostępny będzie w najbliższym wydaniu tygodnika Nowe Podkarpacie.

Ewa Wawro

Fundacja Avalon utworzyła dla Eweliny specjalne subkonto, na które można wpłacać darowiznę. Każdy grosz się liczy dla tej niezwykłej pary.

Wpłaty prosimy kierować na konto: Fundacja AVALON z dopiskiem Szot, 1287

86 1600 1286 0003 0031 8642 6151 – darowizny w ramach zbiórki publicznej

Prowadzone przez: BNP Paribas Bank Polska SA

Zachęcamy także do odwiedzenia bloga Eweliny, na którym opisuję swoje życie i przemyślenia: ewelsz.blogspot.com

{gallery}galerie/ewelina_szot{/gallery}

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj