niedziela, 14 sierpnia, 2022

Olszynka budzi emocje urzędników. I co dalej?

0
Olszynka budzi emocje urzędników. I co dalej?
Udostępnij:

Wracamy do opisywanego przez nas w marcu zanieczyszczenia wody w potoku, który wpada do rzeki Olszynki w Święcanach. Rośnie nasza teczka z pismami od „zamieszanych” w sprawę instytucji, ale niczego jednoznacznie nie wyjaśniają. Za to odbijanie piłeczki wciąż wychodzi urzędnikom najlepiej.

Po naszej pierwszej publikacji pt. „Olszynka znowu była zatruta. Czekamy na kolejny raz?” otrzymaliśmy z WIOŚ w Rzeszowie obszerne pismo, którego treść można streścić jednym zdaniem: zrobiliśmy wszystko, co do nas należało. Na dowód Ewa Lipińska, podkarpacki wojewódzki inspektor ochrony środowiska, szczegółowo opisuje procedury, jakie towarzyszyły analizowaniu przez nich zaistniałej sytuacji, przytacza daty kontroli, sygnatury i daty sporządzonych pism wysłanych do starosty jasielskiego i wójta gminy Skołyszyn, przytacza wybrane artykuły stosownych ustaw i rozporządzeń. A decyzję co dalej – powołując się na kolejne przepisy – nadal ceduje na starostę jasielskiego.

Swoje stanowisko w tej sprawie przedstawił nam także starosta Adam Kmiecik. Powołując się na te same przepisy, wyjaśnia, że starostwo zrobiło w tej spawie wszystko, co do nich należało.

– Starosta nie ma możliwości ani kompetencji w zakresie prowadzenia badań stanu wód powierzchniowych oraz jakości wprowadzanych do tych wód ścieków przez podmioty gospodarcze. Dlatego też wyniki tych badań i ustalenia z kontroli, prowadzone przez uprawnione do tego celu służby ochrony środowiska, stanowią podstawę do podejmowanych przez niego działań – informuje nas Kmiecik.

Takie wyniki starosta już dostał.

– 25 marca WIOŚ w Rzeszowie przekazał staroście jasielskiemu informację o wynikach kontroli przeprowadzonej w marcu 2013 r. i wystąpił o podjęcie działań przewidzianych prawem. Dokumenty przekazane przez WIOŚ mogą być wykorzystane w prowadzonym aktualnie przez starostę jasielskiego postępowaniu – informuje Lipińska.

Kolejny „winowajca”?

Jak wynika z kontroli i śledztwa przeprowadzonego po zanieczyszczeniu wód Olszynki w ub. roku, przyczyn katastrofy ekologicznej było wówczas kilka: wymywanie nagromadzonych osadów z dna i brzegów potoku, wprowadzenie ścieków bytowych z prywatnych posesji oraz ścieki z Vortumnusa.

W związku z zanieczyszczeniem potoku w marcu tego roku, WIOŚ znów wraca do nielegalnie odprowadzanych ścieków z przydomowych szamb. Kopię protokołu z kontroli wraz z dokumentacją fotograficzną i współrzędnymi wylotów kolektorów ścieków bytowych z prywatnych posesji do wód potoku „Dopływ z Lisowa” przekazano wójtowi gminy Skołyszyn. Wójt miał miesiąc czasu na przeprowadzeni kontroli ujawnionych kolektorów.

Piłeczkę w stronę wójta Skołyszyna odbija także starosta Kmiecik.

– Należy zauważyć, że dla poprawy stanu wód potoku Olszynka oraz potoku Dopływ z Lisowa koniecznym jest podjęcie działań również przez wójta gminy Skołyszyn – zaznacza starosta.

Co na to wójt?

– Przeprowadziliśmy kontrolę pod kątem wywiązywania się z obowiązków usuwania z terenu własnej posesji nieczystości ciekłych w sposób zgodny z obowiązującymi przepisami – wyjaśnia Zenon Szura, wójt gminy Skołyszyn. – Kontrola obejmowała mieszkańców zamieszkałych w Święcanach wzdłuż drogi powiatowej Siepietnica-Szerzyny oraz wzdłuż potoku biegnącego od Lisowa i łączącego się z potokiem Olszynka – informuje Szura.

Gminni urzędnicy skontrolowali 28 gospodarstw. Właściciele wszystkich przedłożyli stosowne umowy zawarte z przedsiębiorcami na opróżnianie i transport ścieków, jak również faktury za wywóz nieczystości ciekłych. Urzędnicy przeprowadzili także wyrywkowe kontrole, z których wniosek był jednoznaczny: właściciele kontrolowanych posesji posiadają stosowne umowy z przedsiębiorcami jak również dowody wpłat za wykonywane usługi opróżniania szamb.

– Co to za kontrole? Papierowe zza biurka? – usłyszeliśmy od jednego z urzędników WIOŚ, który broniąc dobrego imienia swojej instytucji odbija swoją piłeczkę do urzędników z gminy Skołyszyn.

Szkoda tylko, że nie wyjaśnia, jak urzędnicy z gminy, którzy nie mają dostępu do laboratoriów (a nawet gdyby taki mieli, to pewnie sami nie potrafiliby przeprowadzić potrzebnych badań), mają wykonać inne niż papierowe kontrole.

Jak już wspomnieliśmy WIOŚ przeprowadzając swoją kontrolę zebrał także pełną dokumentację fotograficzną. Poprosiliśmy więc o udostępnienie nam choć kilku zdjęć, do zobrazowania opisywanego przez nas problemu. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że bardzo chętnie, ale pod jednym warunkiem: przed publikacją tekstu prześlemy go do WIOŚ do akceptacji. Cenzura? Podziękowaliśmy za „pomoc” w redagowaniu tekstu.

Vortumnus niczego nie ukrywa

Vortumnus to rodzinna firma założona w 1977 r. Zaczynali od produkcji ogórka i pieczarek. W firmie pracowało wówczas tylko 2 osoby – Stanisław Wójcik i jego żona. Jak wspomina pan Stanisław lekko nie było, choć oboje z żoną ciężko i uczciwie pracowali. W tym okresie prywatni przedsiębiorcy musieli toczyć najrozmaitsze batalie z PRL-owskimi przepisami i urzędnikami. Z biegiem lat, krok po kroku, rozwijali działalność, rozbudowywali zakład, a do prowadzenia firmy włączyli się córka i syn. Dzisiaj Vortumnus jest w czołówce polskich producentów przetworów owocowo-warzywnych. Mają dwie gałęzie specjalizacji: jedna to konfekcjonowanie warzyw i owoców do słoików, jako oferta adresowana do handlu detalicznego. Druga to produkty do branży piekarniczo-cukierniczej, tj. marmolady, nadzienia do ciast itp. Vortumnus zatrudnia 120 pracowników, dodatkowo w sezonie ok. 70 osób.

– Nie mamy sobie nic do zarzucenia – podkreśla Stanisław Wójcik, prezes ZPOW Vortumnus Sp. z o.o. – Jak moglibyśmy nie dbać o tutejsze środowisko naturalne, przecież my tu nie tylko pracujemy, my tutaj także mieszkamy. A zarzuty pod naszym adresem w sprawie sprzed roku zostały oddalone, prokuratura umorzyła śledztwo, to chyba o czymś świadczy – mówi.

– Co dwa miesiące pobieramy średniodobową próbkę ścieków, którą bada nam niezależne akredytowane laboratorium w Jaśle. Wyniki przedstawiamy WIOŚ – informuje nas Agata Wójcik, główny technolog firmy Vortumnus. – Nie mamy w tych wynikach żadnych przekroczeń, a to oznacza, że dotrzymujemy warunków pozwolenia wodno-prawnego. Niezależnie od tego, co jakiś czas mamy kontrole z WIOŚ. Jak z nich wynika nie mamy problemów z zachowanie przepisów ochrony środowiska.

Vortumnus ma oczyszczalnię mechaniczno-biologiczną. Odprowadzane do potoku ścieki zakładowe mieszają się z płynącą wodą. Problem z zachowaniem odpowiednich proporcji ścieków i wody może pojawić się w okresach suszy. Vortumnus nie ma jednak obowiązku sprawdzania, jaki jest poziom wody w potoku, a co za tym idzie, czy zrzut ścieków w takich przypadkach nie będzie miał negatywnego wpływu na środowisko. Taki obowiązek mógłby skutecznie zabezpieczyć firmę przed podobnymi oskarżeniami w przyszłości.

– Czekamy na decyzję starosty w tej sprawie, ale na tym nie poprzestajemy. Podjęliśmy już własne starania o to, by podobne sytuacje, jak ta sprzed roku, nie rzucały złego światła na nasz wizerunek – mówi pani Agata. – Testujemy nową technologię.  

Co tym razem?

7 marca wody potoku znów były zanieczyszczone. Następnego dnia zapytaliśmy szefów firmy, co mają do powiedzenia w tej spawie.

– Nic nam o tym nie wiadomo – dostaliśmy wówczas wymijającą odpowiedź.

Teraz udzielone nam wyjaśnienia są bardzo szczegółowe.

– Nie mieliśmy nic do ukrycia – podkreśla prezes Wójcik. – Tego dnia około południa inspektorzy WIOŚ przyszli do nas na kontrolę, ale nie powiedzieli, że to kontrola interwencyjna. Zresztą do tej pory, mimo naszych próśb, nie wyjawiono nam, co dzień wcześniej konkretnie się wydarzyło, nie ma tego w żadnym protokole. Dowiedzieliśmy się tylko, że było zawiadomienie o zanieczyszczeniu potoku. W związku z sytuacją z sierpnia ubiegłego roku byłem przekonany, że to kontrola z tym związana – dodaje.

Badanie przeprowadzone przez WIOŚ wykazało podwyższony poziom trzech parametrów.

– To była incydentalna sytuacja – podkreśla pani technolog. – Prowadzimy szczegółową księgę eksploatacji naszej oczyszczalni. Analizując ją doszukaliśmy się, tego, że przez około godzinę nie działała jedna z trzech dmuchaw. Była mała awaria i pracownik zmieniał stycznik i to mogło być przyczyną chwilowego zanieczyszczenia. Ale wykazane przekroczenia były bardzo niskie – wyjaśnia Wójcik.

Z analizy przesłanych nam materiałów i udzielanych przez strony informacji wynika, że kontrola WIOŚ sprowadzała się do pobrania jednorazowej próbki. Zgodnie z przepisami, jeżeli chce się stwierdzić, jakie są przekroczenia norm, to powinna być pobrana próbka średniodobowa, a tego w tym przypadku nie zrobiono.

Będziemy informować o tym, jak zakończy się ta „biurokratyczna” troska o środowisko naturalne w Lisowie.

Ewa Wawro

{gallery}galerie/vortumnus{/gallery}

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj