piątek, 30 stycznia, 2026

A przecież nawet …

0
A przecież nawet …
Janusz Rak, fot. arch.
Udostępnij:

Jedną z ulubionych rozrywek mojego dzieciństwa było kino. Do dziś pamiętam jak chłonąłem w niedzielne poranki filmy wyświetlane w kinie Syrena. Wystarczyło kupić bilet, pokazać go pani bileterce, zająć miejsce wskazane na bilecie, kiedy gasło światło kino przenosiło nas w cudowny, bajkowy świat. Potem przyszła pora na repertuar adresowany do starszych widzów. Zaobserwowałem wtedy, że repertuar można by podzielić na dwie kategorie. Filmy z kategorii łatwe i przyjemne w odbiorze oraz te bardziej ambitne. W czasem projekcji tych łatwych wszystko było proste i czytelne, a salwy śmiechu świadczyły o tym, że film trafia do widowni. Trochę trudniej było w czasie projekcji tych ambitnych, bo oto okazywało się, że na sali byli widzowie, którzy przecenili swoje możliwości percepcji. Toczyli oni widoczną walkę wewnętrzną, z jednej strony fakt, że zapłacili za cały bilet nakazywałby dotrwać do końca seansu, z drugiej ogarniająca nuda zachęcała do salwowania się ucieczką. Jakże często wybierana była ta druga opcja. Potem przyszły czasy studenckie i Dyskusyjne Kluby Filmowe (DKF). Tutaj nie można było odwalać popeliny, w kinie pojawiał się widz
wyrafinowany, który potrafił po filmie dyskutować na temat scenariusza, pracy operatora czy gry aktorskiej. Jeżeli nie chciałeś narazić się na szyderę kolegów i zbłaźnić się w oczach dziewczyny, którą chciałeś poderwać, musiałeś się przygotować. Taka dyskusja to była uczta ntelektualne.

Od kilku lat obserwuję transmisje z sesji Rady Powiatu w Jaśle i dostrzegam duże podobieństwo pomiędzy tamtym kinem, a naszym małym, „powiatowym kinem” w którym seansami są obrady sesji. Ale są też różnice. Pierwsza jest taka, że w „powiatowym kinie” wyświetlane są wyłącznie filmy jednego Reżysera, kręcone u nas, w powiecie. Reżyser zawsze, tym razem jako widz, bierze udział w projekcji swoich filmów. Ocenia więc je także jako widz, ale cóż, takie uroki naszego „powiatowego kina”. Druga, nie mniej istotna, jest taka, że aby wejść do normalnego kina trzeba zakupić bilet wstępu w kasie, podczas gdy w naszym „powiatowym kinie” wstęp jest bezpłatny, ale tylko dla wyselekcjonowanych widzów, czyli naszych radnych, wybranych przez mieszkańców powiatu. Ci, którzy dotrwali do końca seansu otrzymują gratyfikację pieniężną w formie diety, też w kasie. Czyli w normalnym kinie kasa, rozumiana zarówno wprost jak i w przenośni, jest na początku, a w naszym na końcu całego procesu.

Najczęściej na afiszu Reżyser umieszcza łatwy repertuar. Są to kolejne odcinki seriali „Oddanie do użytku odcinka drogi lub chodnika” lub „Termomodernizacja lub remont obiektu”. Pozycje te, są łatwe w odbiorze, bo najpierw widzimy władze które załatwiają jakieś pieniądze a potem wydają je na określoną drogę lub obiekt. Czasami można załapać się na jakiś kadr w końcówce kręconego przez Reżysera filmu, pokazujący na przykład otwarcie obiektu z obowiązkowym przecięciem wstęgi. Jednakże aby utrzymać rangę „powiatowego kina” kilka razy do roku musi być wyświetlany repertuar trudniejszy w odbiorze, czyli coroczna premiera kolejnej wersji filmów „Budżet” oraz „Szpital”. W takcie projekcji od razu widać, że jest to kino ambitne, a widzowie w przeważającej większości nie są przygotowani do odbioru wyświetlanego filmu, o czym świadczy cisza na widowni w trakcie projekcji. Po zakończeniu seansu widzowie obserwują Reżysera. Na jego znak wszyscy klaszczą, co świadczyć ma o tym, że oto wyświetlono kolejne arcydzieło. W tym kinie klaszcze się jedną tylko ręką, poprzez naciśnięcie przycisku do głosowania. Gdy oklaski milkną można spokojnie cieszyć się kolejną dietą.
Chodzą słuchy, że sprawa ma drugie dno. Jest jeszcze jedna salka, do której bilety wstępu rozdaje tylko Reżyser. Tam krewni, znajomi i protegowani niektórych widzów mogą także oglądać filmy wyświetlane w naszym „powiatowym kinie”. Warto więc czasem poklaskać.

I taka sielanka w naszym „powiatowym kinie” trwała przez lata. Ale oto mieszkańcy miasta wybrali widza, który okazał się Niesfornym Widzem. Widz ten przeniósł do naszego kina wyrafinowane obyczaje rodem z DKF. Po każdym seansie zabierał głos, wytykając niedoskonałości scenariusza, potknięcia aktorów, operatorów dźwięku,
kamerzystów czy oświetleniowców. Ba, czasami ośmielał się zaprezentować alternatywny scenariusz filmu!!!!
Na widowni, nie przywykłej do tak krytycznego odbioru filmów, od tego czasu wieje grozą. Szczególnie widoczne to bywa w trakcie corocznej emisji filmu „Szpital”.

Z każdym rokiem film ten był słabszy, ale nikt z widzów nie miał odwagi, a może kompetencji, by dyskutować z Niesfornym Widzem i przekonać go, że jednak myli się w swoich ocenach. Wszyscy patrzyli z nadzieją na Reżysera. On tylko, jako tworzący repertuar, a więc niejako z urzędu, próbował dyskutować z „odmieńcem”, czasami, gdy brakowało argumentów odwoływał się on do swojej „pięknej karty opozycyjnej”. Najczęściej wspomagał go przewodniczący Rady Widzów, wygłaszając jak mantrę banalne apele, w rodzaju „no ale przecież ten film jest nasz, może są pewne niedociągnięcia, ale w innych kinach też narzekają, cieszmy się tym, co jest, bo przecież mogłoby być jeszcze gorzej”. Czasami wspomagali ich niektórzy widzowie, ci bardziej, przynajmniej w swoim mniemaniu,
wyrobieni, krótkimi, ale jakże treściwymi wypowiedziami w rodzaju: „no ale przecież ten film jest nasz, kręcony tutaj” albo „kręcenie filmów to trudna sztuka, więc doceńmy zaprezentowane nam
dzieło”. Reżyser słucha spokojnie, wszak zawsze ma asa w rękawie. W naszym „powiatowym kinie” o walorach artystycznych filmu decydują widzowie w głosowaniu. Fakt, że nie są do tego merytorycznie przygotowani można zawsze skontrować argumentem, że dzięki temu mają świeże spojrzenie.

Przykład bywa zaraźliwy, więc wokół Niesfornego Widza zebrała się grupka ludzi, którzy chcieli razem
zmieniać repertuar naszego „powiatowego kina”. Po wyborach na widzów okazało się, że grupie tej
udało się wprowadzić na widownię nowego widza, czy raczej w duchu wszechogarniającej
poprawności politycznej widzkę, która zgodnie z głoszonymi w trakcie wyborów hasłami, także ma odwagę mieć odmienne od ogółu zdanie, zwłaszcza na temat filmów o tematyce szpitalnej i o zgrozo, potrafi to jeszcze merytorycznie argumentować. Do tej dwójki dołączają kolejni widzowie, na razie co prawda nieśmiało, pojedynczymi kroczkami, ale pozwala to patrzeć z umiarkowanym optymizmem na przyszłość. Ale cóż, proza życia jest taka, że przepływy widzów odbywają się w obie strony. Podobno tylko krowa … Oto jeden ze startujących w wyborach w grupie Niesfornego Widza nagle zmienił zdanie i zaczął dostrzegać walory kina, które sam przed chwilą krytykował. Chodzą słuchy, że chciałby zdobyć szlify reżyserskie, pod skrzydłami naszego Reżysera, wszak nie na darmo mówi się, że każdy żołnierz nosi w tornistrze buławę marszałkowską.

Nie kryję, że marzy mi się nasze „powiatowe kino” jako DKF, gdzie przygotowani do seansu widzowie
potrafią się spierać o najmniejszy detal, widząc równocześnie całość kompozycji. Wyobrażacie sobie jakie wtedy będą tam wyświetlane filmy. Wszak nie na darmo mądrze zauważył Walter Lippmann „Gdy wszyscy myślą podobnie, nikt za bardzo nie myśli”.

Reżyserowi dedykuję, bez złośliwości, ot tak, pod rozwagę, fragment zaiste przecudnej urody książki profesora UJ Andrzeja Romanowskiego „Pamięć gromadzi prochy – Szkice historyczne i osobiste”:

A przecież nawet, gdy termin „totalitaryzm” (podobnie zresztą jak termin „komunizm”) zacznie z powrotem coś znaczyć, to i tak pozostaną, wyzbyte od dawna wartości informacyjne, wyświechtane związki frazeologiczne, typu „siermiężne czasy Gomułki” czy „piękna karta opozycyjna” – zawsze, mimo upływu lat, tak samo emocjonalne i tak samo anachroniczne.”

Janusz Rak