Są dotacje, więc trzeba je brać – bo inaczej „pieniądze przepadną”. To od lat najczęstszy argument samorządów. Ale czy ktoś jeszcze pyta po co, dla kogo i z jakimi skutkami?
„Karpacki ogród deszczowy” przy jasielskim szpitalu to podręcznikowy przykład tej logiki. Zrobiono, bo był nabór. Nieważne, że teren wymagał raczej troski niż rewolucji, że to przyszpitalny park, nie laboratorium eksperymentalnych ścieżek. Ważne, że unijne logo będzie się dobrze prezentować na tablicy informacyjnej.
Nie da się zaprzeczyć – fundusze europejskie to ogromna szansa. Ale branie dotacji bez analizy skutków to nie rozwój, tylko hazard publicznymi pieniędzmi. Bo każdy taki projekt to nie tylko jednorazowy wydatek, ale też dług – utrzymanie, konserwacja, naprawy, koszenie, podlewanie. A za to już nie płaci Bruksela.
Niepokoi, że nikt nie policzył, ile ten ogród będzie kosztował za pięć czy dziesięć lat. Kto pokryje rachunki za pielęgnację łąk, czyszczenie stawu, konserwację oświetlenia? I co, jeśli okaże się, że staw wysycha, a drzewa schną szybciej niż nawierzchnie chłoną wodę?
Ekologia bez rozsądku staje się farsą. Bo prawdziwie proekologiczna inwestycja to nie ta, która najlepiej wygląda w prezentacji projektowej, ale ta, która służy ludziom i naturze przez lata.
W Jaśle mamy raczej przykład odwrotny – deszcz pieniędzy i suszę rozsądku.
Ewa Wawro, radna RPJ
subiektywny obserwator
artykuł powiązany: „Karpacki ogród deszczowy” – hit czy kit?





























































