środa, 17 sierpnia, 2022

„Łowca skarbów”

0
„Łowca skarbów”
Udostępnij:

W swoich zbiorach ma kilkaset cennych eksponatów. O każdym z nich może opowiadać godzinami, imponując przy tym ogromną wiedzą na temat egzotycznych kultur. To jedna z przyjemności, jakiej nie mogą sobie odmówić kolekcjonerzy. Sam o sobie mówi skromnie, że jest tylko zbieraczem. Wywiad z Alfredem Sepiołem, znanym wszystkim, jako dyrektor Muzeum Regionalnego w Jaśle.

Pańska życiowa pasja to poznawanie egzotycznych krajów. Typowe podróże zastąpił pan jednak inną formą – podróżowaniem w czasie i przestrzeni poprzez, nazwijmy to krótko, pochodzące stamtąd przedmioty. Zacznijmy jednak od początków pana pasji.

Od dziecka miałem takie ciągoty. Nawet nikomu o tym otwarcie nie mówiłem, ale marzyłem o tym, by móc poznać bliżej egzotyczne kultury. Zazdrościłem misjonarzom, że oni mają szansę na to, by pojechać w dalekie kraje, obcować z innymi kulturami. W szkole średniej powiedziałem sobie: jak się nie dostanę na wymarzone studia etnograficzne, to pójdę do seminarium, choć trudno byłoby mi pogodzić życie świeckie z duchownym. Wiedziałem, że muszę uczyć się języków obcych, bo bez tego nie ma komunikacji z ludźmi nas świecie. Młodzież niechętnie uczyła się wówczas rosyjskiego, ale ja przykładałem do tego dużą wagę. Pierwszy mój kontakt zagraniczny był właśnie w tym języku, z kobietą z Bułgarii, historykiem, a potem jej mężem etnografem, z którymi do dzisiaj się przyjaźnimy. Później nawiązałem liczne kontakty z ludźmi z innych krajów, gdzie ten język był nauczany. Jak zacząłem się uczuć angielskiego, to świat stanął przede mną otworem. Korespondowałem z wieloma ludźmi, wymienialiśmy poglądy, a czasem robiliśmy sobie nawzajem jakieś upominki. Czasem tą drogą jakąś fajną rzecz do mojej kolekcji ktoś mi z dalekiego świata przysyłał. Kończąc studia – etnografię na Uniwersytecie Jagiellońskim, na wydziale filozoficzno-historycznym, myślałem, że to mi otworzy drogę do tego egzotycznego świata. Chciałem pracować w jakimś muzeum. I tak się złożyło, że ówczesny dyrektor muzeum w Jaśle szukał etnografa i mnie tu ściągnął. To była moja pierwsza praca w życiu i pewnie ostatnia, bo to już 40 lat.

I udało się? Otworzyły się wrota do poznawania egzotyki?

Praca ostudziła trochę moje zainteresowania egzotyką, bo zajmowałem się bardziej znaną nam i bliższą kulturą ludową z naszego regionu. Z jednej strony było to częściowe spełnienie moich marzeń, z drugiej zwykła praca muzealna. Ale w każde wakacje jeździłem po Europie. Pierwszy raz pojechałem do Bośni i Hercegowiny. To było pierwsze zetknięcie ze światem, który mi tak odpowiadał. Inna kultura, pierwszy kontakt z islamem.

Od czego zaczął pan budować swoją kolekcję?

Od muszli morskich. Ta pasja później lekko przygasła, ale istnieje nadal. Jedną z pierwszych muszli kupiłem w Krakowie w antykwariacie. Kiedyś robiono z nich puchary oprawiane w srebro. Pamiętam, że poszło mi na to prawie całe stypendium, a i tak zabrakło mi pieniędzy, musiałem prosić rodziców o wsparcie. Potem zacząłem intensywnie zbierać muszelki. Nawet w okresie stanu wojennego przychodziło do mnie wiele paczek z muszlami z całego świata. Kupowałem, a także wymieniałem te muszle z kolekcjonerami z Japonii, Malty, Afryki Południowej, Australii, Tajwanu. W swojej kolekcji mam około 4,5 tys. muszli, które są skatalogowane i opisane. W międzyczasie postanowiłem zbierać przedmioty sztuki egzotycznej zdobione muszelkami. Muszelki na wyspach Oceanii i w Afryce pełniły rolę pieniądza. Można było za nie kupić wszystko. Ludzie, którzy chcieli wykazać, że są zamożni, zdobili nimi swoje stroje, broń, biżuterię. Zacząłem je zbierać. Zbieram też znaczki z muszlami, mam chyba z 50 klaserów, a także monety, na których są muszelki.

Z tego co wiem, spora część pana kolekcji to maski.

Samych afrykańskich mam ponad 30. A jeszcze mam inne: z Indonezji, Dajaków i z Ameryki Południowej. Zawsze szukam jednak okazów, które nie są przeznaczone dla turystów, ale maski obrzędowe, takie, które były w użyciu. Czasem coś w nich tam brakuje, czasem jest brudna, ale to autentyki. Rodzina się denerwuje, mówią „lepiej nie dotykaj, bo możesz zarazić się jakąś egotyczną chorobą”, dlatego zawsze poddaję je pewnym zabiegom sanitarnym. Z drugiej strony, są też ludzie przesądni, którzy twierdzą, że lepiej ich nie dotykać, że z maskami związana jest czarna magia i można na siebie ściągnąć nieszczęście. Mam np. taką jedną maskę z Nigerii, ma wykrzywione usta, używana była w obrzędach mających odpędzić chorobę. Ponoć można było przy pomocy takich masek przekazać chorobę na innego człowieka. Ale ja w takie rzeczy nie wierzę, traktuję je, jako obiekt rzemiosła artystycznego.

W miarę upływu lat pańska kolekcja rosła. W jakim kierunku poszły pana zainteresowania?

Mam równolegle kilka zainteresowań i to jest wada, z której sobie zdaję sprawę. Są zbieracze, którzy idą w jednym kierunku i tworzą coś super wartościowego. To tak, jak ze znaczkami. Nie można mieć po jednym z każdego kraju, tylko trzeba mieć serię czy jakiś temat. A ja zbieram różne rzeczy. Zbieram także monety egzotyczne, ale głównie te formy przedmonetarne, tak zwane płacidła, monety pierwotne, które mają 2,5 do 3 tys. lat . Mam np. takie muszelki, które były wyciągnięte z grobu, robione przez Chińczyków monety z brązu, imitacje, które służyły jako pieniądz, albo z kości czy igielitu, czyli kamienia. W różnych kształtach, różnych wielkościach.

Nie da się chyba zbierać cennych okazów, nie wiedząc, jak je rozpoznać.

To oczywiste. Trzeba mieć też fachową literaturę, odnośnie każdej dziedziny. Ja tylko odnośnie muszli mam ponad 100 takich pozycji.

Jak pan zdobywa swoje „skarby”?

Przez wiele lat nawiązałem liczne kontakty z podobnymi pasjonatami. Mam kilku znajomych, m.in. jednego Polaka, którzy mieszka w Tajlandii, etnograf z wykształcenia. Poznaliśmy się przypadkowo, kupiłem na allegro jeden przedmiot od niego. Po transakcji powiedział mi, że skoro się tym interesuję, to on może mi pomóc. Jeździ po różnych wioskach w północnej Tajlandii, w Laosie i Indonezji i wyszukuje pewne cenne rzeczy. Dzięki dobrodziejstwu internetu ja szybko wiem, że taki przedmiot jest. Jeśli mi odpowiada, to mówię „kupuj to dla mnie”. Dzięki niemu, w ciągu ostatnich siedmiu latach kupiłem co najmniej 150 przedmiotów. Mam olbrzymią kolekcję strojów plemion górskich z pogranicza Tajlandii, Laosu i Birmy. To są plemiona, które dorobiły się na handlu opium. Zaczęli przekładać to swoje bogactwo na stroje, nosili ozdoby ze srebrnymi monetami, wyzywające hafty, wyszukane zdobienia. Są przepiękne.

Pana pasja pokrywa się częściowo z życiem zawodowym. To nie jest nużące?

Tak się szczęśliwie złożyło, że moja praca zawodowa to połowa życia, a druga to hobby, które niewiele się od niej różni, ale dotyczy egzotyki. Dla mnie największym wytchnieniem jest to, jak przyjdę sobie po pracy do domu i zagłębiam się w moją pasję. Przeczytam list od innego pasjonata, odpowiem mu, poszukam w książkach, dowiem się coś więcej na temat tego przedmiotu, sprawdzę czy informacje podane w internecie nie są błędne, co zresztą zdarza się dość często. Ludzie korzystając z internetu czasem się nad tym nawet nie zastanawiają, a ja jestem dociekliwy, także w zbieraniu literatury, która potwierdza autentyczność danego przedmiotu.

Jak wspominałam na wstępie, zbieractwo zastępuje panu wymarzone podróże. Czy o to właśnie chodzi?

Egzotyczne podróże, to świat niespełnionych marzeń. Byłem w dwudziestu kilku krajach, ale to nie jest to. Jestem realistą. Dziś nie trzeba być misjonarzem, by podróżować po świecie, ale taka wycieczka kosztuje ok. 10-12 tys. zł. Bez problemu można sobie z jakąś niemiecką, czy holenderską firmą pojechać do Papui i Nowej Gwinei. Ale co ja tam zobaczę? Obwiozą mnie pokazując fantastyczną przyrodę, a potem trafimy na imprezę, gdzie Papuasi przejdą się kilka razy tam i z powrotem, ubrani tylko w tradycyjne ozdoby. Potem odtańczą rytualny taniec, a ja będą mógł kupić sobie jakiś drobiazg na pamiątkę i zrobić sobie z nimi zdjęcie, płacąc oczywiście za to. I mam być szczęśliwy? Żeby zdobyć rzecz autentyczną, która posiada pewną wartość, nie tylko poznawczą, ale i kryjącą w sobie to coś, co trudno jest wyrazić w prostych słowach, to trzeba tam wśród tych ludzi żyć. Wyjazd z jakąś ekspedycją na co najmniej rok czy dwa, to byłoby spełnienie. Oczywiście można w dzisiejszych czasach realizować najbardziej szalone marzenia, ale na przeszkodzie stoją m.in. finanse. Dzisiaj świat jest dużo droższy, łatwiej jest zdobyć przedmiot i wiedzę o nim i o całej otoczce kulturowej, która jest wokół niego.

Wspominał pan, że często korzysta z allegro. Można tam kupić jakieś wyjątkowe okazy?

Można kupić, ale bardzo rzadko, trafiają się wyjątkowe smaczki i to za niewielkie pieniądze. Ludzie często sprzedają różne przedmioty, nie znając ich wartości. Raz tylko zdarzyło mi się, że kupiłem jeden przedmiot, a otrzymałem inny. Ale sprzedawca przyjął reklamację i zwrócił mi pieniądze, prosząc bym nie wystawiał mu negatywnej oceny na allegro. Mam kilku stałych sprzedawców, np. pana z Chorzowa, u którego kupuję maski afrykańskie.

Zbiera pan muszle, znaczki, monety egzotyczne, maski, biżuterię, stroje, broń. Zbiera pan też krzyże. I zapewne coś jeszcze pominęłam. Są kolekcjonerzy, którzy skupiają się np. na Afryce. Nie myślał pan o specjalizacji?

W naszych polskich warunkach ciężko jest się tak specjalizować. Dla mnie wzorem człowieka, który spełnił się całkowicie, jako kolekcjoner i wielki pasjonat, jest Andrzej Wawrzyniak, dożywotni szef Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie. Zaczynał, jako marynarz, później został dyplomatą. Przebywał kilkanaście lat w Indonezji i tam zachłysnął się tą kulturą tak bardzo, że zaczął kolekcjonować krisy, czyli sztylety, tkaniny, biżuterię itd.

Pan też ma dużą kolekcje krisów.

I jestem z niej dumny! Każdy kris, jak katana ma swoją duszę, ma nazwę, historię, o każdym można długo opowiadać. Z samej Indonezji mam ponad trzydzieści tzw. mandałów, broni łowców głów. Mam też fantastyczne tkaniny stamtąd, tzw. ikaty, ozdabiane specyficzną techniką.

Gdzie pan przetrzymuje swoje skarby? Ile tego jest?

Co najmniej kilkaset. W domu, mam przeznaczony na to jeden pokój. Staram się nie naruszać przestrzeni żony i córki. Te rzeczy, które nie mieszczą mi się w gablotach, mam popakowane i zawsze mogę po nie sięgnąć. Wracając do nich czasem, ze zdziwieniem przyznaję sam przed sobą, że nie pamiętałem o tym, że je mam. Marzy mi się by to wszystko kiedyś skatalogować. Może na emeryturze się uda. Każda rzecz ma metryczkę opisującą m.in. kiedy to kupiłem, za ile i od kogo, tak jak się to robi w muzeach. To konieczność, przedmiot bez tych wszystkich dodatkowych informacji jest niewiele wart.

Najcenniejsze eksponaty?

Jeśli chodzi o wartość materialną, to trudno powiedzieć, a poza tym nie ma to większego znaczenia, bo wiadomo, że jak będzie wykonana z materiału szlachetnego, to będzie droższa. Niektóre przedmioty mają dla mnie ogromną wartość sentymentalną, nie pozbyłbym się ich za żadne skarby świta. Np. maska Dajaków, którą kupiłem kiedyś w Krakowie. Jest straszna, ma wielkie zęby, duże uszy i rytualny koszyczek na głowie. Używana była w czasie obrzędów związanych z pracami rolniczymi tego plemienia.

Lubi pan chwalić się swoimi zbiorami?

Wszyscy zbieracze to są ekshibicjoniści, nie chcą się zamykać w swoim kokonie i nie dzielić się z innymi wewnętrzną radością, jaką daje im realizowanie swojej pasji. Można to robić organizując wystawę, ale wszyscy wiemy, jak to jest z wystawami. Jak coś kogoś nie interesuje, to przeglądnie gablotki bez większych emocji i tyle. Ale jeśli znajdzie się bratnią duszę, nawet gdzieś na końcu świata, jeśli ta osoba podobnie myśli, nadaje na tych samych falach, ma te same pasje, to jest to największą satysfakcją dla kolekcjonera, a właściwej będzie określić zbieracza.

Czym się różni kolekcjoner od zbieracza?

Kolekcjoner to zbieracz z wyższej półki, a ja siebie uważam tylko za zbieracza rzeczy egzotycznych. Kolekcja to jest usystematyzowany zbiór. Ja oczywiście też staram się to robić, z tym, że jest zbyt wiele odgałęzień moich zainteresowań. I to przychodzi falami, czasem jest zastój parę lat, a potem trafiam na ciekawy eksponat i znów się do tego zapalam. Tak jak w życiu, człowiek też w różnych porach swojego życia jest bardziej aktywny, w innych jakby wyciszony.

Dziękuję za rozmowę i życzę udanych „łowów”

Ewa Wawro

{gallery}galerie/sepioł{/gallery}

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj