piątek, 19 sierpnia, 2022

„Nie podsumowuję swojego życia, ja dopiero je zaczynam” – wywiad z Cezarym Pazurą

0
„Nie podsumowuję swojego życia, ja dopiero je zaczynam” – wywiad z Cezarym Pazurą
Udostępnij:

Jest nie tylko aktorem, ale również reżyserem, producentem i kabareciarzem. Ostatnio możemy go zobaczyć w sztuce Bóg Mordu teatru Szóste Piętro Michała Żebrowskiego. Nie przestaje działać zawodowo, bo jak sam twierdzi, nie nadszedł jeszcze czas na podsumowanie swojego życia. Z Cezarym Pazurą, królem polskiej komedii, rozmawiała Weronika Samborska.

Był pan już kiedyś w Jaśle?

Tak. Piętnaście, dwadzieścia lat temu. Razem z Olafem Lubaszenko przyjechaliśmy tutaj ze spektaklem Emigranci z Rzeszowa. To były stare czasy, ale miło je wspominam. Cieszę się, że mogłem tutaj po raz kolejny powrócić.

Przed nami występ kabaretowy. Co pan dzisiaj przygotował dla jasielskiej publiczności?

To nazywane przeze mnie „The Best Of”, czyli wybrane rzeczy, które są skompilowane w jedną całość. Wszystko po to, by godzinny występ był strzałem tego, co według mnie jest najzabawniejsze o nas – ludziach i relacjach między nami.

Co w nas śmieszy pana najbardziej?

Wszystkie relacje damsko-męskie. W moich programach kabaretowych pojawiają się również tematy starości, emerytury i polityki. Wszystkiego jest po trochu.

Skąd pomysł na to, by zostać kabareciarzem? Jest pan już przecież między innymi aktorem i reżyserem. To przeciwwaga, odskocznia od tego co robi pan na co dzień?

Moje występy kabaretowe to swego rodzaju artystyczna wypowiedź. Większość moich kolegów-aktorów próbowało swoich sił w tego typu wystąpieniach, a tylko nieliczni wytrwali. To zupełnie inny rodzaj konfrontacji z widzem i nawiązywaniem z nim relacji. Człowiek jest sam na sam z publicznością i musi ten czas wypełnić śmiechem i zabawą. Ludzie przychodzą przecież po to, by się bawić, a nie nudzić. Rozśmieszyć wszystkich, to najtrudniejsze zadanie.

Skąd czerpie pan pomysły na program? Sam pan pisze teksty?

Bywa różnie. Kiedyś teksty pisałem sam, teraz częściowo korzystam z tych, która zostały przez kogoś napisane. Potem je zmieniam w taką formę, by odpowiadała moim występom. Ponadto to życie podsuwa mi różne pomysły i skojarzenia. Z poszczególnych elementów powstaje nowy program. W tym roku wystąpiłem na scenie kabaretowej Top Trendy z monologiem, który został dobrze przyjęty przez publiczność. Chciałbym do tego tekstu powrócić i mam nadzieje, że mi się to uda w przyszłym roku. Czas na nowe rzeczy.

Jest pan aktorem, reżyserem, kabarecistą. W której z tych ról czuje się pan najlepiej?

Zdecydowanie w roli aktora. Obecnie gram w teatrze Szóste Piętro Michała Żebrowskiego w Warszawie, w spektaklu Bóg Mordu z Jolantą Fraszyńską, Anną Dereszowską i Michałem Żebrackim. To jest mój żywioł.

Lata 90. to chyba najlepszy czas pana pracy aktorskiej. Na ekranach pojawiły się bowiem filmy należące do klasyki polskiego kina: Killer, Sara, Sztos. Jak pan wspomina tamte czasy?

Najlepiej. Rzeczywiście było wtedy dużo pracy. Wszyscy cieszyli się z upragnionej wolności, o którą Polacy zabiegali wiele lat. Nie było tarć społecznych, jakie są teraz. Ludzie chcieli się bawić i mieli na to pieniądze. Niestety teraz kryzys ogarnął wszystkie środowiska. Dla ludzi ważne są pieniądze. W tej chwili sprzedać dobry spektakl jest bardzo ciężko. A taką jednoosobową imprezę jak ta dzisiejsza, graniczy z cudem. Dlatego cieszę się, że na jedno nazwisko przychodzą takie tłumy. Świadczy to o tym, że ludzie pamiętają i chcą dalej oglądać.

Jest pan głównie kojarzony z ról komediowych, ale były również i poważne role. W jakich czuje się pan najlepiej?

Komediowość przyszła po drodze. Brałem teraz udział w Benefisie Mariana Opani, który był moim profesorem. Podczas tej uroczystości powiedział on do publiczności, że kiedyś w szkole dał mi tekst Borgesa, trudny dla człowieka wrażliwego. W  życiu nie pomyślałby, że drzemie we mnie taki talent komediowy. Człowiek nie wie w którym kierunku poniesie go wiatr. Mnie skierował w stronę komedii. Pewnie gdybym zaczął grać w dramatach, byłbym aktorem dramatycznym. Każdy aktor marzy o wszechstronności i o tę wszechstronność zabiega. Mam więc nadzieję, że z czasem zacznę grać poważne role, nie tylko śmieszne.

W przypadku aktora mówi się o życiowej roli. Miał pan taką, czy nadal pan czeka?

Każdy aktor mówi, że życiowa rola jest zawsze przed nim. Znając nasze realia ja zawsze odpowiadam żartem: Profesor Geremek mówił o unii wolności, że ta swoją przyszłość ma już za sobą. Myślę więc, że jestem takim aktorem, który przyszłość ma już za sobą. Moim zadaniem jest utrzymać się w pracy i starać się robić to, co zostało mi powierzone jak najlepiej. Choć z drugiej strony ciągnie mnie do innej kreacji. Staram się również produkować filmy. Przygotowuję nowy projekt. Jest to zupełnie coś innego, bo praca biznesowa, a nie artystyczna, ale również dobrze wciąga jak aktorstwo. Cały więc ten show biznes przewija się ciągle przez moje życie.

Nawiązując do mojego wcześniejszego pytania, Juliusz Machulski reżyser i producent filmowy, powiedział kiedyś, że nie napisano roli na miarę pana talentu. Zgadza się pan z tym stwierdzeniem?

Tak już u nas jest. Popatrzmy chociażby na Bogumiła Kobielę, wybitnego polskiego aktora komediowego, który zagrał między innymi w Zezowatym Szczęściu. Jego talent też był średnio wykorzystany. Jesteśmy takim, a nie innym rynkiem. W pewien sposób ograniczonym. Nie pisze się scenariuszy dla konkretnych osób. Najpierw pisze się scenariusz, potem się go obsadza. W polskiej kinematografii występuje zjawisko mody na aktorów. Najpierw na jednych, później na innych. Trzeba się z tym pogodzić i robić swoje.

Ma pan swoją wymarzoną rolę?

Każdy aktor marzy o Hamlecie. Na Hamleta niestety jestem już za stary. Miał 30 lat, ja mam trochę więcej.

Reżyser Maciej Ślesicki, z którym kilka razy Pan pracował, między innymi przy takich produkcjach jak 13 posterunek, czy film Sara, powiedział kiedyś, że ma pan talent na miarę braci Marx, mimikę Jima Carreya i rozum Charliego Chaplina. Podoba się panu taka laurka?

Laurka bardzo sympatyczna. Chciałbym, żeby tak było.

Niedawno wystąpił pan w filmie Bartosza Brzeskota – Antyterapia, który czeka na swoją premierę. Czego możemy spodziewać się po tym filmie?

Jest to kolejna polska komedia, w której gram już raczej poważną, nawet powiedziałbym groźną rolę. Zobaczymy jak to zostanie przyjęte przez widzów.

Co pan sądzi o formie współczesnego kina polskiego? Słyszy się i da się zauważyć, że minęły już czasy dobrych produkcji, biorąc pod uwagę klasykę naszego kina – filmy Kogel Mogel, Seksmisja, czy Chłopaki nie płaczą, w których sam miał pan możliwość zagrać. Nie uważa pan, że ówczesne kino spada na niższy poziom?

To w czasach, gdy narzekamy na polskie kino, mamy nominacje do Oskarów. Trudno jest więc stwierdzić, czy jest gorsze, czy nie. Nie chciałbym się na ten temat wypowiadać, bo być może jest tak, że kino trochę odłączyło się od widza i żyje samo dla siebie. Pamiętajmy jednak, że czasy są inne, nie mamy pieniędzy na kino. Filmowcy są ograniczeni. Muszą robić małe i niskobudżetowe produkcje, a film jest drogim produktem. Stąd też może i taka opinia.

W 2010 roku pojawił się w kinach film pana reżyserii – Weekend, który niestety spotkał się z negatywną opinią krytyków filmowych. Jak się pan do tego odnosi?

Oczywiście nie zgadzam się z tą krytyką. Po to są jednak krytycy, by krytykować. Choć często niezbyt sensownie rozumieją to pojęcie. Cieszę się, że na film przyszło prawie 800 tysięcy widzów. W tej chwili jeśli popatrzymy na Box Office, nie znajdziemy takiego filmu, który miałby taką oglądalność.

Nie zraziła pana taka opinia?

Na tyle mnie to zraziło, że nie chcę już reżyserować. Był to ciekawy okres w moim życiu i fajna praca z aktorami. Wszyscy do dzisiaj wspominamy tamte chwile. Moim zdaniem film w swoim gatunku jest bardzo dobry. Błąd popełniła dystrybucja. Miał być film gangsterski z elementami komediowymi, a nie komedia. To błąd w przekazie. Jeśli ktoś wybiera się na komedię i tego nie dostaje, może czuć się zawiedziony. Krytycy czekają tylko na to, by komuś powinęła się noga.

Dwa lata temu obchodził pan 25-lecie swojej pracy artystycznej. Podróżował pan przez rok po całej Polsce rozśmieszając Polaków. Na scenie wystąpił między innymi Kabaret Ani Mru Mru i Kabaret Moralnego Niepokoju. Swój debiut miał również Paweł Małaszyński. Jak widzimy nie przestaje pan działać zawodowo, ale czy był wtedy czas na podsumowanie tych 25 lat?

Nie mam czasu na podsumowanie. Zostałem niedawno młodym ojcem, więc jestem na dorobku. Nie podsumowuje swojego życia, ja dopiero je zaczynam.

W życiu wiele pan osiągnął. Jak pan zapewnia, dużo jeszcze przed panem. Może nam pan zdradzić swój przepis na sukces?

Nie ma czegoś takiego. Liczy się wyłącznie ciężka praca.

Dziękujemy za rozmowę!

Weronika Samborska

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj