Redakcja portalu Twoje Jasło nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane w dziale "Z prawa i z lewa". Poszczególne wypowiedzi są prywatnymi opiniami osób podpisanych pod tekstami.

Nawałnica odkryła „karty” na Gorajowickiej

950
fot. Ewa Wawro

To było straszne, co przeżyliśmy! Okropna burza, deszcz, grad, zawierucha straszna…  Lawiny błota szły z góry na nas, drzewa za naszym domami leciały jak zapałki … relacjonują chwile grozy, jakie przeżyli w sobotę mieszkańcy ulicy Gorajowickiej w Jaśle. Nie zdążyli nawet uprzątnąć skutków nawałnicy, a tu przyszła kolejna burza i ponownie zwały deszczu i błota wlały się do ich piwnic, ich domów i na posesje. A najgorsze, że ludzkie tragedie mogą się tu powtarzać często.

Ulica Gorajowicka to jedna z osiedlowych dróg w Ulaszowicach, jednym z najstarszych osiedli w Jaśle. Do 2019 roku był tu rów melioracyjny, który częściowo spełniał swoją rolę, odprowadzając wody opadowe, rok temu wszystko się zmieniło. Miasto zrealizowało 1 etap inwestycji pn.: Rozbudowa ulicy Gorajowickiej, dodam pod naciskiem mieszkańców, którzy domagali się lepszego dojazdu do swoich posesji i udrożnienia odpływu wód deszczowym.  Fragment nowej drogi wygląda pięknie, ale niestety nie spełnia oczekiwanej funkcji, a zamiast tego teraz pojawił się nowy problem – co okazało się dobitnie w ostatnich dniach, po nawałnicach, jakie przeszły nad Jasłem.

Ja mieszkam tu od 50 lat i zdarzało się, że byliśmy podtopieni, ale od drugiej strony, od rzeki, która wylewała podczas wielkich powodzi, a teraz od drugiej strony nas zalewa. Ja wiem, że teraz to była wyjątkowa nawałnica, ale wystarczy większy deszcz i woda tu wszędzie stoi – podkreśla Bogumiła Malarz, mieszkanka tej ulicy.

Wcześniej cała woda deszczowa szła do „fosy”, teraz ją zlikwidowali, wykonane kanalizacje burzowe nie przyjmują wody i mamy to co mamy. I po co nam była ta cała droga? – pyta ze łzami w oczach Barbara Maczuga. To jej dom chyba najbardziej ucierpiał w tej okolicy. 
– W 2010 r była wielka powódź, mieliśmy wodę w piwnicy, ale jakoś się ratowaliśmy, wynosiliśmy ją wiadrami na bieżąco, zabezpieczaliśmy się workami z piaskiem … a teraz
w sekundzie byliśmy zalani. Na parterze prawie metr wody, piwnice zalane pod sufit, wszystko pływało, zalane urządzenia solarne, hydrofor, piec gazowy, zamrażarka … tragedia co nas spotkało w tak krótkiej chwili.

Po powodzi w 2010 roku państwo Maczugowie postanowili zabezpieczyć się na przyszłość, w piwnicy zamontowali pompę, kupili też  agregat, który ma ją obsługiwać w razie potrzeby. 
– Teraz, jak tylko zaczęło nas podlewać to poszłam by sprawdzić czy wszystko działa, a tu okazało się, że nic z tego bo zamiast wody jak poprzednim razem, mamy teraz błotny żur – relacjonuje pani Basia. – Od soboty jesteśmy bez prądu, bo nie było jak podłączyć zasilania, wszystko przecież stało w wodzie.

– To był przerażający widok, nawałnica, grad wali niemiłosiernie, a za naszymi domami coraz bardziej obsuwała się wysoka skarpa – opowiada Małgorzata Rogowska, najbliższa sąsiadka i zarazem krewna pani Basi. – Wczoraj strażacy wypompowali wodę z piwnicy, ogrodu, dało się przejść wszędzie, kratka ściekowa była na wierzchu. Ledwo odjechali przyszła burza i chwila moment znowu wszystko w wodzie stanęło.

Wróciła nadzieja, ale tylko na chwilę

To było straszne przeżycie, byłam totalnie załamana, bezsilna, ale w niedzielę, następnego dnia wróciła nadzieja, że się z tego wygrzebiemy i będzie to tylko złe wspomnienie – opowiada Barbara Maczuga.

Następnego dnia po tych traumatycznych przeżyciach niespodziewanie pojawili się u pani Basi dobrzy ludzie, którzy postanowili pomóc w biedzie. – Przyjechały dwie moje koleżanki
z pracy, do tego cztery panie nauczycielki ze Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego, do którego chodzi moja niepełnosprawna córeczka i jeszcze moi dawni uczniowie się skrzyknęli i przyjechali z pomocą. Kompletnie się tego nie spodziewałam, dały mi tyle nadziei i siły do przetrwania tego wszystkiego  –opowiada ze łzami wzruszenia w oczach.  

Akcja sprzątania trwała jeszcze poniedziałek, byli strażacy, było wojsko. Woda z domu została i całej posesji została wypompowana, wysprzątano co się dało, miało być już dobrze. Tyle co mundurowi odjechali zabierając swój sprzęt i samochody ratownicze, przyszła kolejna burza, woda ponownie wdarła się do domu, a na posesji powstał wielki błotny staw.

Brakuje studzienek

Mieszkamy trochę wyżej, nasza działka nie graniczy z budowaną drogą, dlatego na etapie projektowania nie byliśmy wśród mieszkańców z którymi konsultowano projekt. Już w trakcie realizacji, kiedy zaczęto kłaść asfalt, zauważyłem, że nie ma tu kratek kanalizacyjnych, a to oznaczało jedno – wielką stojącą kałużę przy każdym większym deszczu – mówi Janusz Wawro, mieszkaniec ulicy, z zawodu projektant branży budowlanej. Nie zwlekając powiedział o tym właścicielowi najniżej położonej posesji, sugerując by mieszkający przy budowanej nowej drodze dopilnowali sobie tego.

– Tylko dlatego, że szybko zareagowałem na uwagi sąsiada dołożyli nam tu kratki kanalizacyjne, ale jak widać to niewiele dało przy takim deszczu jak w sobotę – podkreśla Grzegorz Leśniak.
A to przecież miejsce, gdzie zawsze po deszczu stała woda, to jak projektant mógł o niej zapomnieć? Jest kilka kratek, ale wszystkie położone są wyżej, to logiczne, że nie spełnią należycie swojej roli przy większych opadach. Z drugiej jednak strony jak mieszkam tu już 20 lat, to takiej nawałnicy nigdy jeszcze nie było – podkreśla.

„Nie zgadzam się”

Jak się okazuje z budową kolektora kanalizacyjnego i nowej drogi od początku było wiele problemów. Najpierw jeden ze sąsiadów chcąc „podbić” cenę za działkę, które miasto miało mu wypłacić, skutecznie blokował inwestycję. Koniec końców nie dogadano się, bo oczekiwania właściciela były nie do przyjęcia, wyjściem stało się skorzystanie ze spec ustawy pozwalającej na budowę drogi, nie pytając właściciela terenu o zgodę. I z tej furtki skorzystały władze miasta, zaplanowano budowę drogi, pod którą przebiega kolektor wód opadowych, a ona sama ma usprawnić wewnętrzny ruch na osiedlu. Budowę tego odcinka zakończono rok temu, ale jak na razie inwestycja niczego nie usprawniła. Po pierwsze wykonano zaledwie jej mały odcinek i to na razie koniec, na pozostałą część nie ma pieniędzy, a po drugie wciąż droga nie jest włączona do ruchu do drogi krajowej wzdłuż ulicy 17- stycznia.

Brakuje już tylko akceptacji przez GDDKiA naszego projektu organizacji ruchu, spodziewamy się, że będzie to dosłownie na dniach, a wtedy droga zostanie otwarta dla ruchu – wyjaśnia Karol Dziedzic, zajmujący się tematem inspektor w wydziale inwestycji UMJ.

Wróćmy jednak do przywołanej historii sąsiedzkich „blokad”. Dzięki specustawie udało się miastu ominąć jedną „blokadę” to zaraz pojawiły się kolejne. Na etapie projektowym inny sąsiad nie zgadzał się na zaprojektowany przebieg drogi, bo zahaczała o jego działkę. Sprawa ciągnęła się długo, uzgodnienia trwały i trwały, blokując dalsze prace. I tę „blokadę” udało się miastu jakoś ominąć – przeprojektowano drogę, przesuwając nieznacznie jej przebieg tak, by odsunąć się od blokującego inwestycję sąsiada. 

Wszyscy zawinili

Spory trwały, przebieg drogi był wałkowany i wałkowany, ale nikt nie zajął się najważniejszym – ustaleniem miejsc i liczby wymaganych dla bezpieczeństwa mieszkańców odpływów i wpustów kanalizacyjnych.

I kto tu zawinił? Wszyscy po trochę! Mieszkańcy przyległych działek będący stronami w sprawie byli informowani na bieżąco, znali najlepiej teren i wiedzieli, że woda deszczowa lubi się tu zbierać, projektant ze Śląska, który najwidoczniej nie znał realiów lokalizacji inwestycji oraz urzędnicy, którzy powinni nad wszystkim czuwać – przekazać projektantowi bardzo dokładne wytyczne, sprawdzić projekt oraz prowadząc nadzór wprowadzać konieczne korekty.  

W poniedziałek, chwilę po kolejnej burzy, nie czekając aż jej skutki zostaną usunięte, poprosiłam o spotkanie z mieszkańcami zalanych domów funkcyjnego urzędnika. Po kilkunastu minutach, na polecenie burmistrza Ryszarda Pabiana, na miejscu zjawił się Grzegorz Witkowski, inspektor w wydziale inwestycji i ochrony środowiska. Znał dobrze problem, widział jak to wyglądało dzień wcześniej, był tu też z ekipą tego samego dnia, przed drugą nawałnicą.

Jest problem – przyznał insp. Witkowski. – Przed wybudowaniem kolektora wody opadowe odprowadzane były rowem odwadniającym w kierunku ulicy Krakowskiej, bo pozwala na to ukształtowanie terenu i istniejące spadki. Teraz problem jest w tym, że istniejące przepusty w rowie są niedrożne i dopóki z tym się nie uporamy, to niestety woda będzie się tu zatrzymywać – podkreśla urzędnik.

Oficjalne samowolki?

Skąd więc bierze się teraz problem z niedrożnością przepustów? 

Przepusty są zamulone, a do tego mieszkańcy wrzucają często do rowu melioracyjnego skoszoną trawę, zebrane w ogrodzie zgniłe owoce. Tutaj na osiedlu w kilku miejscach rów przez mieszkańców został samowolnie przebudowany na kolektor zakryty, co znacznie utrudnia utrzymanie go w czystości, nie mówiąc już o źle dobranych przekrojach rur – wyjaśnia G. Witkowski. – Musimy ten problem jakoś rozwiązać, te wody opadowe powinniśmy jakoś skutecznie wyłapywać. Docelowo, jak będzie zrobiona droga do końca, a pozostało do zrobienia 300 metrów, to sytuacja powinna zostać opanowana. Ukształtowanie terenu jest tu niestety takie jakie jest, tego nie zmienimy, a wcześniejsze problemy z uzyskaniem odpowiednich pozwoleń, a także istniejące samowolki, tylko nasilają problem.

W 2018 r. miasto prowadziło prace przy czyszczeniu rowu melioracyjnego, biegnącego od ul. Lwowskiej, ale nie udało się tego zrobić na całym odcinku. W kilku miejscach rów nie został wyczyszczony przez „blokadę” mieszańców, którzy nie wpuścili ekipy wykonawczej na swoje posesje.

– Staraliśmy się go maksymalnie udrożnić, ale nie wszędzie mielimy dostęp, w kilku miejscach rów biegnie po prywatnych działkach, których właściciele nie wpuścili nas na swój teren. W związku z tym firma, której zleciliśmy to zadanie, nie miała technicznych możliwości wyczyszczenia rowu na całym odcinku – mówi insp. Karol Dziedzic. – Miasto nie może nakazać, to czy mieszkańcy pozwolą wejść na swój prywatny teren, zależy tylko od dobrej woli mieszkańców, a tej w kilku miejscach zabrakło.

Jeśli jest tak, to co z samowolnym, bez pozwolenia miasta, przebudowaniem na tych odcinkach rowu otwartego na zamknięty? Tłumaczenie jest takie – to było bardzo dawno
i nikt już nie pamięta, jak to było.

Co teraz?

Wcześniejsze „samowolki” to jedno, ale co z nową inwestycją? Na etapie projektowym inwestycja uzyskała wszystkie wymagane zgody i pozwolenia, w tym te wydawane przez zawiadujące ciekami wodnymi Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie. A jakże, zgoda była, ale wydana w oparciu o operat wykonany przez projektanta. I nikt z tej instytucji już tego nie sprawdził w terenie bo tego się u nas nie praktykuje. Może gdyby ktoś z tej instytucji raczył sprawdzić czy wszystko się zgadza, to udałoby się uniknąć problemu, z którym teraz trzeba się będzie uporać. 

Po rozmowie z mieszkańcami inspektor G. Witkowski obiecał, że problem zostanie skrupulatnie przedyskutowany w poszukiwaniu najlepszych rozwiązań. Zadeklarował także wstępnie, że w najbliższych dniach, zostaną zamontowane dodatkowe kratki ściekowe. Mają być położone będą wzdłuż drogi, na pograniczu istniejącego pasa i prywatnych działek. Mieszkający tam ludzie zadeklarowali, że nie będą robić trudności przy „wchodzeniu” na ich teren. Jak będzie, zobaczymy.

Ale czy zwykłe odwodnienia liniowe spełnią swoją rolę i przejmą napływająca wodę? Urzędnicy muszą to dokładnie przeanalizować, jak również musi zostać poddany wnikliwej analizie projekt drugiego etapu inwestycji pod kątem: średnic rur kolektora burzowego oraz usytuowania i liczby drogowych wpustów deszczowych i studzienek aby nie popełnić następnych błędów. Jak będzie i co z tego wyniknie, przekonamy się zapewne niebawem.

Do tematu wrócimy.

Ewa Wawro

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj