czwartek, 18 sierpnia, 2022

Podium Jaślan na Ultrajanosiku

0
Podium Jaślan na Ultrajanosiku
Udostępnij:

Janosik- zbój nad zbóje, który zabierał bogatym i rozdawał biednym. Razem ze swoimi kompanami obskubywali hrabiów i innych bogatych hajduków na terenach Spisza i Podhala. A Ultrajanosik co ma wspólnego z Janosikiem??? Ojjj dużo… Ultrajanosik w dniu 13 sierpnia br.przyciągnął zbójników na start do Niedzicy i Kezmarskej Zlaby k/Tatrzańskiej Łomnicy, aby po zbójowali na przygotowanych trasach biegowych w Tatrach Słowackich oraz po górkach na Spiszu.

Harnaś o imieniu Sławek Konopka, przygotował dwa rodzaje ścieżek biegu górskiego: Ultrajanosik 50 km- Spiska Pętla oraz Ultrajanosik 80 km- Pomsta Janosika.

Krótszy dystans startował o godz 8.00 rano z Niedzicy. Jak na zbójników przystało, tuż po starcie od razu ku górze wspinaczka była. A jak? Na dzień dobry, stokiem narciarskim w stronę Kacwina. Ten kto miał zaspane oczka i słabe krążenie krwi, na szczycie górki jurny był, że hej. W Karcmie na 10 km był pierwszy z bufetów oraz punkt kontrolny. Można było posilić się i ruszyć w dalsze zbójowanie w kierunku Łapszanki. Tutaj czekała lekka niespodzianka. Zbójnicy przyzwyczajeni do biegania po skałach, a tu..? odcinek jak w dżungli amazońskiej. Po ostatnich ulewnych deszczach, które dzień przed zawodami zakończyły się, kilku kilometrowa wspinaczka była jak Camel Trophy. Błotko po kostki zaś zbój, który miał lekko wytyrane kierpce, ślizgał się jakby na weselisku tańcował. W okolicach Łapsz Niżnych, można było poczuć radochę, gdyż błotko zmieniło się w drogę szutrową, która prowadziła na szczyt Pieskowego Wierchu. Ekipa Jasielskiego Stowarzyszenia Cyklistów, która startowała w edycjach Cyklokarpat organizowanych w Kluszkowcach w latach 2010-2012, dobrze pamięta tą część trasy. Długi ciężki podjazd, a na jego szczycie boski widok na całe Podhale, Tatry, Gorce, Pieniny, zaś potem długi i pięknie widokowy zjazd aż do Trybsza. Harnaś Ultrajanosika poprowadził tą traską swoich zbójników aby mogli rozkoszować się pięknem gór i całego regionu. W Łapszance w najpiękniejszym widokowo miejscu ulokował kolejny punkt kontrolny oraz bufecik. Obok znajdowała się kapliczka z 1928 r, w której wisiał dzwon. Nie jeden sprytny zbój chwycił za sznur i zadzwonił na wiwat, aby echo niosło się po całym Spiszu i Tatrach. A i przyjezdnych ceprów na nogi postawiło się, bo spanie na kocyku wśród tak cudnych widoków to straszny grzech. Zrywali się jak sierściuchy pogonieni przez podhalańskiego burka. My tu gadu gadu o widokach a biec trzeba. Od Rzepisk kolejnej wsi za Łapszanką było tylko w dół aż do Trybsza. Tylko jak tu biec, jak tak cudne widoki. Ten kto miał twarde serce i nie rozczulał się krajobrazem, przebierał nogami ile sił. Maryny nie były gorsze, one podwinęły kiecę i goniły na całego. Nie jedna z nich kroczkiem jak sarenka wyprzedzała zbójnika. Ci o delikatnych nóżkach, które przy zbieganku basz bołaly, w Trybszu mogli lekko odetchnąć. Nie na długo, bo na wszystkich czekała spora wspinaczka. Harnaś twardy chłop to i jego zbójnicy twardzi muszą być. Nie ma biadolenia! Wyspinałeś się na szczyt to teraz goń prędko na dół, a potem znów do góry i na dół, aż do mety w Niedzicy. Po drodze w Dursztynie na kolejnym punkcie kontrolnym można było posilić się w bufeciku. Zlokalizowany był przy remizie strażackiej, obok której znajdował się sklep z dobrym zaopatrzeniem napojów góralskich. Lokalne społeczeństwo siedzące przed sklepem, dość gościnne okazało się, bo chętnie dzielili się rozweselającym napojem. Ten kto spróbował z lekkością na duszy gonił przez ostatnie 15 km. W Niedzicy, 3 km przed metą wszyscy zbójnicy musieli zmierzyć z pielgrzymką ceprów. Przedostanie się na drugi koniec zapory było nie lada wyzwaniem. Nie wszyscy rozumieli sentencje biegu i często przeszkadzali zbójnikom w dotarciu do celu. Ostatnia trudność biegu polegała na przebieraniu nóżkami po schodkach zapory. A co? Jak Maryna w wieży zostanie zamknięta, zbój musi po takim cudzie umieć chodzić. Oj cierpieli wszyscy, mocno cierpieli. Wielu straciło swe miejsce w szeregu, gdy tylko pierwsze kroki postawili na asfaltówce wzdłuż jeziora Sromowieckiego. Do mety 2,5 km, niby blisko a tak daleko. Nie jednego tu skurcze łapały, ale powtarzając kolejny raz, prawdziwy zbój twardy musi być. Brzeg jeziora jakoś pokonany, teraz druga zapora, potem hyc w dół i meta.

No dobra to był dystans 50 km, a co z 80 km? A ci dopiero wyćwikę od Harnasia dostali. Dość, że musieli wcześnie wstać aby o 4.45 rano zameldować się w biurze zawodów, to jeszcze po Taterkach Słowackich pogonili. Harnaś skombinował autobus i zawiózł swych zbójów na Słowacką Ziemię, do Kezmarskego Zlaby. Tam punkt 7.00 wystartowali, by wspinać się hen wysoko na Kopskie Sedlo (1994 m npm. ) Wcześniej w Chacie Pri Zelenom Plese mogli posilić się słowackim specyfikiem Kofolą. Dodawała sił i wigoru, gdyż na wszystkich zbójników fest wspinaczka czekała. Ale to nic w porównaniu do zbiegu. Prawdziwy zbój ma umieć wspinać się, jak również sprytnie po skałach zbiegać. Ścieżka w dół do Zdziaru nie lada wyczynem okazała się. Na początku wszyscy z radością gonili, a nawet z kozicami ścigali się. A było ich całe stada. Niektóre na wyciągnięcie ręki, człowieka w ogóle nie bały się. Ale po jakimś czasie, radość zbiegania zamieniła się w lekki strach. Nie jeden zbójnik swój talent językowy pokazał i łaciną zaczął władać. A było gdzie, bo skały fest strome, a tam gdzie masakrycznie strome to łańcuszki były. Harnaś zadbał o bezpieczeństwo swych towarzyszy i kazanie swe tuż przed startem wygłosił, „że jak zagajnik z kosodrzewiną miniecie, potem uważajcie. Lepiej powoli i do celu, niż na złamanie karku”. Horska Służba w gotowości czekała, ale na szczęście nikogo ściągać nie musiała. W Zdziaru na 20 km, wypaśny bufet z dobrociami czekał, gdzie umęczeni zbójowie pili i sili się, zaś Harnaś liczył każdego, czy cały Tatry Bielskie pokonał. Zatankowani Kofolą, izotonikami, wodą, z powypychanymi jedzonkiem kieszonkami, zbójnicy ruszyli w stronę Kacwina. Niby 16 km, ale długie i ciężkie kilometry. Najpierw Magura Spiska, a potem Frankowska. Ta druga mniej stroma ale z niespodziankami. Lasów na niej nie wiele, za to łąk od groma, no i pasących się owiecek. A jak owiecki to i pilnujące pieski. Słowackie burki do przyjaznych nie należą, polskiego języka nie rozumieją, więc nie jednemu zbójnikowi do porcięt dobierać się chciały. Wyznaczając trasę Sławek Konopka prosił baców, aby w większej odległości od szlaku swe owce paśli i pieski uwiązali. Może kilka kroków dalej je pogonili, ale o łańcuchach dla piesków zapomnieli. No i wyszła heca. Owce i pieski minięte, gonimy dalej. A w dół sporo, bystro, że hej. Na widoku już Karcma w Kacwinie z szyldem- 40 km pokonane, bufet+przepak wita- tylko droga do celu jakaś taka kręta. Bieg w sobotę się rozgrywał, a wiadomo po sobocie jest niedziela, więc okąpać się cza. Chcesz do Karcmy, czyste ciuchy na niedziele wdziać? Wykąp się! 500 metrów przed celem, była przeprawa przez górski potok Kacwinianka. Woda wartka i głęboka. Zbójnicy myli się prędziuchno, żeby zaraz pognać do upragnionego celu. Nie była to meta, tylko półmetek. Po zaliczeniu Karcmy i punktu kontrolnego ruszyli trasą zbójów z dystansu 50 km. Dopiero po kilku godzinach pierwsi zbójnicy 80 km- Pomsta Janosika osiągali metę w Niedzicy na Polanie Sosny.

Na tym przepięknie widokowym biegu nie mogło zabraknąć zbójników z Jasła i okolic.

Dystans Ultrajanosik 50 km – Spiska Pętla wybrało 4 osoby.

Nasza zbójniczka Ewelina Borowska-Pawluś reprezentująca Jasielskie Stowarzyszenie Cyklistów zajęła 2 miejsce w kategorii Masters- kobiety z czasem 6 godzin 18 minut 10 sekund. Przebierała nogami ile wlazło. Nie jednego zbója przegoniła. Jej mąż Mirek Pawluś również reprezentujący JSC w kategorii Masters- chłopy zajął 4 miejsce z czasem 6 godzin 18 min i 11 sekund. No mosz, baba go przegoniła o sekundę. Natomiast w kategorii Masters- Open, Ewelina była 5 zaś Mirek 6.

W młodszej kategorii Senior- mężczyzn znalazło się dwóch zbójników z Jasła. Marcin Węgiel reprezentujący Malinowy Nos zajął 3 miejsce. Sponsor idealny na te górskie tereny, gdzie górale szykują swe dobroczynne napoje na srogie zimowe dni. Takie same miejsce osiągnął w kategorii Senior- Open. Pokonanie górek i dolin zajęło mu 5 godzin 16 minut i 13 sekund. Drugi z zbójników Sławek Gucwa z teamu Gucwa Team zajął 46 miejsce, zaś w kategorii Open był 58. Jego czas to 8 godzin 18 minut i 44 sekund. Na pokonanie trasy limit czasu wynosił 12 godzin.

Dystans Ultrajanosik 80 km- Pomsta Janosika wybrała 1 osoba. Był to Wielebny Marcin Wiącek z Jasielskiego Stowarzyszenia Cyklistów. Całą trasę pokonał w czasie 11 godzin i 49 minut. Zajął 12 miejsce w kategorii Senior- Mężczyzn i 27 miejsce w kategorii ogólnej Open. Wielebny zauroczył się pięknem słowackich tatr a może też góralek. Po pierwszym punkcie kontrolnym pogubił trasę, przez co stracił ponad 30 minut. Słowacki TANAP nie zezwolił organizatorowi na oznakowanie szarfami i strzałkami trasy w tatrach, więc zawodnicy musieli tą część biec po kolorach szlaków. Dopiero od Zdziaru trasa była oznakowana. Nie jeden z nich na rozwidleniu źle skręcił, a potem musiał wracać się. Ostatni zawodnik z tego dystansu linię mety pokonał z czasem 20 godzin i 50 minut. Limit czasu wynosił 21 godzin.

Jasielskie Stowarzyszenie Cyklistów

Zdjęcia: Janko Mountain Foto, JKR Ostrowski

{gallery}galerie/16_rok/janosik{/gallery}

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj