Redakcja portalu Twoje Jasło nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane w dziale "Z prawa i z lewa". Poszczególne wypowiedzi są prywatnymi opiniami osób podpisanych pod tekstami.

Krowy skłóciły wieś

174

Mieszkańcy Łubienka walczą z właścicielami położonego w centrum wsi gospodarstwa hodowlanego. Mają wiele uwag i pretensji. Jak się jednak okazuje, istnieje także druga strona medalu. Czy władzom gminy uda się doprowadzić do kompromisu?

Łubienko, to mała wieś w gminie Tarnowiec, mieszka tam zaledwie 337 mieszańców. Od kilku lat zarzewiem lokalnego konfliktu stało się gospodarstwo hodowlane, które znajduje się naprzeciw Domu Ludowego.

Mają dużo bydła, a oborę małą, krowy jedna na drugiej leżą. Żeby tak w XXI wieku zwierzęta się męczyły? Wyganiają je w zimie na pole, stoją w błocie po kolana na deszczu i mrozie. To przecież karygodne – twierdzi proszący nas o interwencję mieszkaniec wsi. – Na zewnątrz gospodarstwa też nie jest lepiej. Niesamowity bajzel, jedno wielkie błoto w obejściu, a w nim leżą bale słomy i paszy. I tak już cztery lata.

Kilkukrotnie mieszkańcy zgłaszali tę sprawę do powiatowego lekarza weterynarii, ale – jak twierdzą – nic to nie dało.

– Nie byłem w oborze w środku, ale jak się widzi na zewnątrz te warunki, to aż strach myśleć, jakiej jakości jest to mleko – kontynuuje swoje uwagi mężczyzna. – Gnój leży na stercie obok domu, wywożą go co jakiś czas, ale to przecież w samym sercu wsi. I nikt we wsi nie widział, żeby wywozili z gospodarstwa gnojówkę. Gdzieś to muszą pewnie odprowadzać nielegalnie – sugeruje, podkreślając, że te wszystkie opinie nie są tylko jego, że tam myśli cała wieś.

Pojechaliśmy sprawdzić, jak jest naprawdę. Gospodarstwo należy do Teresy Stanek, na co dzień mieszkającej w Puławach. Praktycznie prowadzą go jej siostrzeńcy, głównie Adam Borecki. Mają 50 sztuk bydła, które przetrzymują w trzech pomieszczeniach: w jednym krowy mleczne, w drugim cielne oraz młodzież, w trzecim bydło opasowe.

Czynnikiem decydującym w gospodarstwie mlecznym są wyniki badań bakteriologicznych, które przeprowadza mleczarnia. Każda partia mleka, odbierana z gospodarstwa, jest badana, pod kątem ogólnej liczby bakterii. Jeżeli normy są przekraczane, wówczas mleczarnia zgłasza do powiatowego lekarza weterynarii, że mleko nie odpowiada standardom dla mleka surowego. I my wówczas jedziemy i sprawdzamy, jaka jest przyczyna tej złej jakości mleka, czy brudne krowy, czy zła higiena udoju. Jeżeli trzykrotnie dopuszczalne normy zostaną przekroczone, wówczas zakazuje się odbierania mleka z tego gospodarstwa i zabiera się im certyfikat , który stwierdza, że są spełnione warunki do produkcji mleka surowego – wyjaśnia Andrzej Smyka, powiatowy lekarz weterynarii.

W tym przypadku interwencja nie była potrzebna.

Mają dobre wyniki

– Cała nasza rodzina pracuje na dobrą ocenę, a tu ktoś specjalnie psuje nam opinię – mówi Teresa Stanek. – Za 2013 rok dostaliśmy dyplom „Za osiągnięcie najlepszych wyników ze stada w ocenie wartości użytkowej i bydła mlecznego w powiecie jasielskim”.

To nie pierwszy dyplom przyznany gospodarstwu za osiągnięcia.

– Niedawno byliśmy z bratem na zebraniu podsumowującym, które organizuje co roku mleczarnia. Podkreślano, że do wszystkich gospodarstw wysyłali po 3 zawiadomienia o przekroczeniu dopuszczalnej liczby komórek somatycznych w mleku, a do nas wysłali tylko jedno – mówi Marcin Borecki, siostrzeniec pani Teresy. – Nasze gospodarstwo podlega pod stałą kontrolę Polskiej Federacja Hodowców Bydła i Producentów Mleka. Raz w miesiącu prowadzimy ranny i wieczorny udój przy udziale przedstawiciela federacji. Pobiera się próbki od każdej krowy, bada poziom tłuszczu, białka itd. Jeśli którejś krowie coś brakuje, to dostajemy wytyczne dotyczące diety takiej krowy.

Pani Teresa pokazuje nam gruby segregator, a w nim indywidualne karty każdej krowy, w której opisywana jest cała jej historia chowu. Nie ma się czego czepić. Nieprawdziwy okazał się także zarzut, mówiący o tym, że krowy mają za mało miejsca w oborze. Sprawę reguluje rozporządzanie ministra rolnictwa i rozwoju wsi. Jak potwierdza powiatowy lekarz weterynarii w tym gospodarstwie normy są zachowane. Jest też wymagane specjalne pomieszczenie do przechowywania mleka, które również podlega stałemu nadzorowi.

Warunki, które mamy obecnie staramy się wykorzystać jak najlepiej – podkreśla Adam Borecki, przyszły właściciel gospodarstwa. – Jest ciężko, ale efekty naszej pracy widać, mamy najlepszą wydajność mleczną w powiecie jasielskim, mleko jest dobrej jakości, z wysoką zawartością tłuszczu oraz białka. Krowy są przechowywane zgodnie z przepisami, zimą udostępniliśmy im nawet wybieg, wpływający dobrze na ich zdrowotność, poprawia się ich kondycja, ścierają racice. Zamiast uznania, to wszystko wykorzystywane jest przeciwko nam. Mieliśmy niejedną kontrolę. Były robione pomiary zawartości dwutlenku węgla w powietrzu, wilgotność, wszystkie parametry były w normie. W związku z wyciekami gnojowicy dołożyliśmy sześć betonowych kręgów. Zarzuca się nam, że za mało jej wywozimy, ale skoro bydło cały dzień stoi na pastwisku, to przecież tej gnojowicy nie jest dużo.

To praktycznie jedyne duże gospodarstwo we wsi, trzeba takie popierać, za to, że w ogóle są. Typowe, normalne, dużo większe niż przeciętne w powiecie, rozwija się – podkreśla Smyka.

Mimo tego powody do konfliktów we wsi pojawiają się na każdym kroku. Od kilku lat pani Teresa planuje powiększenie gospodarstwa i wybudowanie nowoczesnej obory na będącej ich własnością działce pod lasem. Tak się złożyło, że gmina ogłosiła przetarg na sprzedaż przylegających do niej nieużytków. Ucieszyli się, bo to idealnie wpisuje w ich plany rozwojowe.

Ludzie we wsi się zgodzili, ale jak się dowiedzieli, że to my chcemy ją kupić i ktoś zadziałał, to szybko zmienili zdanie. Chcą byśmy ją dzierżawili, a my chcemy ją kupić – mówi pani Teresa.

Afera z udziałem policji wybuchła po tym, jak Boreccy wyładowali tir z wytłokami, podstawową paszą dla bydła, na placu prze Domem Ludowym. Zostali oskarżeni o zaśmiecanie placu. Nie mieli jednak wyjścia, tir nie dojedzie do ich gospodarstwa, a oni musieli gdzieś przeładować ładunek na przyczepy. Na tym nie koniec problemów z transportem. Gmina wybudowała wprawdzie sześciometrową asfaltową drogę, prowadzącą m.in. do jednej z działek należących do ich gospodarstwa, ale szybko postawiono tam znaki ograniczające przejazd pojazdom powyżej 3,5 tony.

Wprowadzili nam zakaz poruszania się ciężkim sprzętem, co jest dla nas dużą blokadą, bo ciągnik z przyczepą trochę waży – podkreśla pan Marcin. – A co do placu, to przecież jest to plac wiejski, czyli także dla nas. Aby uniknąć takich konfliktów chcieliśmy kupić plac obok, utwardzilibyśmy go na nasze potrzeby z niego korzystali. Ale tego też nam nie pozwolono zrobić.

Gospodarze mieli także „życzliwe” zgłoszenie do nadzoru budowlanego, które wstrzymało rozpoczętą rozbudowę obory. – Chcieliśmy zautomatyzować oborę, kupić wóz paszowy, ale nie zrobimy nic, bo mamy zablokowane pozwolenie – skarży się pan Marcin. Teraz urzędnicy sprawdzają czy wszystko robią zgodnie z prawem, a oni mają przymusowy przestój w pracy.

Wiejska „wendetta”?

O powody niechęci do rodziny Boreckich zapytaliśmy najbliższych sąsiadów.

Ich krowy uciekają i niszczą mi drzewka. Trzy razy już zakładałem sad i już nie mam ani jednego drzewka – mówi Ryszard Lepucki. – Niszczą też tuje przy domu. Zgłaszałem to sąsiadowi, to mi odpowiedział, że przecież krowa nie zna granic. Poza tym nie mam uwag, to ich sprawa, co robią w swoim gospodarstwie.
Kłócić się nie kłócimy, bo ze sobą w ogóle nie rozmawiamy – dodaje Ewelina Lepucka, żona pana Ryszarda.

Dom Adama B. od gospodarstwa dzieli tylko droga. – Raz wzywałem policję na nich, ze względu na psy. Drzwi wiecznie osikane, a jak się wystawi worek ze śmieciami, to zaraz go rozedrą – relacjonuje sąsiad. – Kiedyś wozili kiszonkę jeszcze po godz. 22-giej, a przecież cisza nocna obowiązuje. Zwróciłem im uwagę, to usłyszałem od sąsiada, że „mam gospodarkę, to musicie państwo zrozumieć, że dzień i noc jest praca”. A ja mam małe dziecko, jeśli takie sytuacje będą się powtarzać, to ja już 2 minuty po 22-giej będę dzwonił na policję.

Boreccy co krok spotykają się z nieprzychylnością mieszkańców wsi.

W dzisiejszych czasach to jest nie do uwierzenia, żeby aż taka była nieprzychylność społeczeństwa w stosunku do gospodarza, który chce rozwijać działalność. Tym bardziej, że staramy się bardzo swoją pracą i jej efektami pokazywać dobre wyniki. Muszą to zauważać, a mimo tego źle nas oceniają. Ludzka zawiść? – podkreśla pani Teresa.

Odpowiadając na zarzut, że izolują się od pozostałych mieszkańców wsi mówią, że nie zawsze są zapraszani na wiejskie zebrania. – Poza tym bardzo często pracujemy do późnych godzin nocnych, brat często zostaje sam na gospodarce, to kto ma iść na to zebranie w dzień powszedni? – denerwuje się pan Marcin. – Na chodzenie z innymi wieczorami na piwo też nie mamy czasu.

Jak twierdzi rodzina Boreckich dzieci pana Marcina są szykanowane w szkole. 4 letnia Ala zawsze lubiła chodzić do przedszkola, a teraz nie chce. Druga 7 letnia córka często wraca ze szkoły poobijana. – Na przedstawienie z okazji dnia babci, tylko moja mama nie dostawała zaproszenia ze szkoły. Kiedyś byłem w delegacji i moja żona poszła sama do kościoła. Przeganiano ją z ławki do ławki, mówiąc, że tu nie wolno, że tam zajęte. Jak mnie nie ma to żona nie ma spokoju, jak jestem w domu, to nikt się nie odważy. Nawet księdzu to zgłaszałem – skarży się Borecki.

Pełnomocnikiem Teresy Stanek i jej rodziny jest Jerzy Mroczyński, radca prawny. – Od pewnego czasu prowadzę im szereg spraw, z których wynika, że władze gminy, przeszkadzają im w prowadzeniu racjonalnej gospodarki. M.in. uciekają się do fałszywych oskarżeń. Wykorzystując swojej stanowiska służbowe, zarówno wójt, jak i sołtys Łubienka, skutecznie blokują rozwój gospodarstwa – twierdzi Mroczyński.

Co na to sołtys i wójt?

Współpraca z nimi od dawna nam się nie układa, nie mam do nich zaufania i nie wierzę, że chcą kupić należącą do wsi działkę po to, by wybudować tam oborę – podkreśla Kazimierz Buratyn, sołtys Łubienka, a zarazem jeden z najbliższych sąsiadów Boreckich. – Nie chcemy sprzedać im tej działki, tylko wydzierżawić. To nieużytki, sprzedając weźmiemy grosze. Dzierżawiąc, po 10 latach już coś się tam uzbiera więcej.

Wyraźnie widać nieprzychylność sołtysa w stosunku do uciążliwych sąsiadów, ale obiecał nam, że na najbliższym zebraniu wiejskim przedstawi sprawę i jeśli mieszkańcy wyrażą zgodę na sprzedaż, to działkę sprzedadzą.

O komentarz poprosiliśmy także władze gminy. – Początkowo zebranie wiejskie wyraziło zgodę na sprzedaż obu nieruchomości, o które stara się Teresa Stanek, po jakimś czasie zmienili decyzję co do działki pod lasem. To chyba normalne, że staramy się brać pod uwagę opinie mieszkańców. Obecnie trwa postępowanie przetargowe na sprzedaż jednej i dzierżawę drugiej działki – wyjaśnia Piotr Sikora, wicewójt gminy Tarnowiec.

W tej sytuacji najlepszy byłby kompromis. Skoro mieszańcom przeszkadza uciążliwość gospodarstwa położonego w centrum wsi, to tym bardziej powinni zgodzić się na sprzedaż działki pod lasem, a tym samym dać zielone światło planom przeniesienia tam gospodarstwa. Co na to wicewójt?

Będę rozmawiać w tej sprawie z sołtysem i mieszkańcami i dążyć do tego by zażegnać konflikt we wsi – deklaruje Sikora.

Do sprawy wrócimy.

W wersji papierowej tekst dostępny będzie w najbliższym wydaniu tygodnika Nowe Podkarpacie.

Ewa Wawro

{gallery}galerie/krowy_łubienko{/gallery}

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj