Są dyrektorzy, których zapamiętuje się po tym, co zbudowali. Są też tacy, których pamięta się przede wszystkim po tym, co zostawili po sobie, kiedy odchodzili. Henryk Przybycień najwyraźniej postanowił należeć do tej drugiej grupy.
Przez ponad pół roku pracownicy szpitala żyli w niepewności. Zapowiedzi zwolnień pojawiały się regularnie. Krążyły listy, nazwiska, kolejne pogłoski, atmosfera strachu udzielała się całemu personelowi. Nikt nie wiedział, czy za miesiąc nadal będzie miał pracę. Mijały tygodnie. Potem miesiące. Zwolnień jednak nie było.
Wydawało się, że może ktoś w końcu zrozumiał, jakie skutki mogą przynieść tak pochopne decyzje.
Przecież przeciwko zwolnieniu opiekunów medycznych protestowali nie tylko oni sami. Do dyrektora i starosty trafiały pisma podpisywane przez lekarzy, pielęgniarki i kierowników oddziałów. Pisali wprost, że likwidacja tych stanowisk oznacza pogorszenie bezpieczeństwa pacjentów, przeciążenie pielęgniarek i obniżenie jakości opieki. Ostrzegali, że przy minimalnych obsadach nie będzie miał kto nakarmić chorego, pomóc mu w podstawowych czynnościach, przewieźć na badania czy zwyczajnie być przy nim wtedy, kiedy będzie tego potrzebował.
Te argumenty nie były emocjonalnym protestem pracowników walczących o własne miejsca pracy. To był głos ludzi, którzy najlepiej znają codzienność oddziałów i wiedzą, jak wygląda opieka nad pacjentem.
Sprawa przycichła.
Dzisiaj wiemy już, że była to cisza przed burzą.
Bo w ostatnich dniach swojego urzędowania Henryk Przybycień wrócił do tych decyzji. Związki zawodowe otrzymały informację o zamiarze zwolnienia wszystkich jedenastu opiekunów medycznych. W tym samym czasie rozpoczęły się zwolnienia fizjoterapeutów, którzy – według informacji, jakie od miesięcy docierają do opinii publicznej – są konsekwencją utraty części kontraktu rehabilitacyjnego z Narodowym Funduszem Zdrowia. Tym razem to nie wina systemu czy NFZ, tu ewidentnie zawinił szpital i konkretne osoby, które zawaliły kontrakt.
I właśnie tutaj kończą się pytania o same zwolnienia, a zaczynają pytania o sposób zarządzania.
Bo jeśli redukcje były rzeczywiście konieczne, dlaczego przez ponad pół roku utrzymywano ludzi w permanentnej niepewności? Dlaczego nie podjęto decyzji wcześniej? A jeśli nie były konieczne, dlaczego wrócono do nich dosłownie w ostatnich dniach „dyrektorowania” Przybycienia?
Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nowe kierownictwo szpitala otrzyma w spadku nie tylko dramatyczną sytuację finansową szpitala, ale również gotowy pakiet konfliktów społecznych, które będzie musiało teraz rozwiązywać.
I to jest chyba najbardziej gorzka puenta tych ostatnich dni.
Winnych wciąż nie ma
Od miesięcy słyszymy, że szpital znalazł się nad przepaścią, bo taki jest system ochrony zdrowia. Że kolejne rządy nie potrafią go naprawić. Że Narodowy Fundusz Zdrowia płaci za mało, a koszty rosną szybciej niż przychody. Nikt rozsądny nie będzie twierdził, że system działa dobrze. Ale równie nieuczciwe byłoby udawanie, że wszystkie problemy naszego szpitala przyszły z Warszawy.
Od lat mówiliśmy podczas sesji Rady Powiatu, że sytuacja staje się coraz bardziej niebezpieczna. Składaliśmy interpelacje, zadawaliśmy pytania, apelowaliśmy o działania naprawcze. Za każdym razem słyszeliśmy tę samą odpowiedź: to wina systemu.
Tymczasem po cichu niemal wszyscy mówili coś zupełnie innego.
Że problem jest u nas.
Że szpital jest źle zarządzany.
Że decyzje personalne są nietrafione.
Że nikt nie ma odwagi powiedzieć tego głośno.
I właśnie tego nigdy nie potrafiłam zrozumieć.
Jeżeli wszyscy wiedzieli, że źródło problemów znajduje się wewnątrz szpitala, dlaczego przez lata mówiono o tym wyłącznie po kątach? Dlaczego organ tworzący nie reagował? Dlaczego starosta, który odpowiada za nadzór właścicielski nad szpitalem, nie wyciągał wniosków z tych wszystkich sygnałów?
Czy dlatego, że były tylko szeptem?
Bo nie wierzę, że ich nie słyszał.
W spadku dla nowego dyrektora
Najłatwiej jest podpisywać decyzje wtedy, kiedy wiadomo, że ich skutki będzie musiał tłumaczyć już ktoś inny.
Tylko że za każdą decyzją kadrową stoją konkretni ludzie. Pracownicy, którzy nie wiedzą, z czego utrzymają rodziny. Pacjenci, którzy nie zastanawiają się nad planem oszczędnościowym, ale nad tym, czy ktoś pomoże im wstać z łóżka, zmieni pościel, poda posiłek …
Można policzyć etaty. Można policzyć łóżka. Można policzyć oszczędności zapisane w arkuszu kalkulacyjnym.
Znacznie trudniej policzyć utracone zaufanie. A jeszcze trudniej odbudować szpital, w którym przez wiele miesięcy podstawowym narzędziem zarządzania był strach.
Czy to aby ostatni podpis Henryka Przybycienia? Nie sądzę, ostatni złożył na świadectwie pracy, a ile przed tym kodeksowym obowiązkiem było innych podpisów, czas pokaże.
Ewa Wawro
Radna RPJ
subiektywny obserwator




























































