Nie było mnie na sesji absolutoryjnej Rady Powiatu. Z przyczyn rodzinnych przebywałam za granicą i nie mogłam uczestniczyć w obradach. Nie przypuszczałam jednak, że moja nieobecność stanie się doskonałą okazją do publicznego rozliczania mnie z felietonów, które od miesięcy publikuję na portalu TwojeJaslo.pl. Podczas dyskusji nad sprawozdaniem finansowym Szpitala Specjalistycznego w Jaśle więcej miejsca poświęcono mojej osobie niż odpowiedziom na pytania dotyczące kondycji placówki.
Nie zamierzam odpowiadać na wszystkie osobiste wycieczki. Nie dlatego, że zabrakłoby mi argumentów. Wręcz przeciwnie. Uważam jednak, że mieszkańców naszego powiatu znacznie bardziej powinno interesować to, dlaczego podczas dyskusji o finansach szpitala rozmawiano o felietonach i radnej, której nie było na sali, zamiast o tym, co doprowadziło placówkę do obecnej sytuacji i jak zamierza się ją z niej wyprowadzić.
Przyznam, że z dużym zdziwieniem wysłuchałam zarzutów dotyczących moich publikacji. Najwyraźniej ktoś uznał, że pisząc felietony naruszam zasady obiektywizmu. Pozwolę więc sobie na drobną uwagę. Zanim zacznie się pouczać dziennikarza, warto sprawdzić, czym różni się materiał informacyjny od felietonu. To naprawdę nie jest wiedza tajemna. Felieton jest gatunkiem publicystycznym. Z definicji zawiera opinię autora, jego ocenę, komentarz, czasem ironię i prowokację do dyskusji. Nigdy tego nie ukrywałam. Wręcz przeciwnie – od lat publikuję je pod wspólnym tytułem „Subiektywnym Okiem”, aby nikt nie miał wątpliwości, że są to moje autorskie komentarze, a nie materiały informacyjne.
Najbardziej zdziwiło mnie jednak coś zupełnie innego. Od osoby kierującej publicznym szpitalem oczekiwałabym przede wszystkim rozmowy o sprawach szpitala. O tym, dlaczego sytuacja finansowa jest tak trudna. Jakie działania naprawcze zostały podjęte. Jakie są efekty zarządzania placówką. Jakie decyzje podejmowano przez ostatnie miesiące i z jakim skutkiem. Tymczasem podczas sesji absolutoryjnej mieszkańcy usłyszeli przede wszystkim ocenę działalności radnej, która nie mogła nawet odnieść się do wypowiadanych pod jej adresem słów. Poznali też odpowiedzi NFZ na „menadżerską” korespondencję dyrektora z Funduszem w sprawie zwiększenia przychodów. Nic więcej, żadnych konkretów. Trudno uznać to za standard debaty, jakiego można oczekiwać od osoby pełniącej funkcję publiczną.
Nie byłam zresztą jedyną osobą, wobec której padły podobne zarzuty. Krytycznie odniesiono się również do Adriana Bochni, członka Rady Społecznej szpitala. Dyrektor mówił o „destabilizowaniu” pracy tego organu tylko dlatego, że jeden z jej członków domagał się dostępu do dokumentów potrzebnych do wykonywania swojej funkcji. Jednym z pierwszych dokumentów, o które wystąpił, był regulamin Rady Społecznej. Trudno uznać, że prośba o udostępnienie podstawowego dokumentu regulującego pracę organu jest działaniem wymierzonym przeciwko szpitalowi. Wręcz przeciwnie – świadczy o odpowiedzialnym podejściu do pełnionej funkcji.
Jestem radną drugą kadencję i od pierwszego dnia pełnienia tej funkcji sprawy szpitala były dla mnie jednym z najważniejszych obszarów działalności. W tym czasie zmieniali się dyrektorzy, zmieniały się zarządy powiatu i starostowie, natomiast jedno pozostawało niezmienne – zadawałam pytania, składałam interpelacje, analizowałam dokumenty, pisałam artykuły i felietony. Domagałam się wyjaśnień zawsze wtedy, gdy miałam wątpliwości, i publicznie zwracałam uwagę na problemy, które próbowano bagatelizować lub przemilczeć.
Nie robiłam tego przeciwko komukolwiek. Robiłam to w interesie pracowników, pacjentów, mieszkańców, którzy utrzymują ten szpital ze swoich podatków i mają pełne prawo wiedzieć, co dzieje się z ich publicznym majątkiem. Publiczny szpital nie jest prywatnym folwarkiem żadnego dyrektora, żadnego starosty ani żadnego zarządu. To dobro wspólne, a dobro wspólne wymaga społecznej kontroli, nawet jeśli bywa ona niewygodna.
Przez osiem lat pracy w Radzie Powiatu krytycznie oceniałam działania różnych dyrektorów szpitala. Nie dlatego, że zmieniały się nazwiska, ale dlatego, że problemy pozostawały zaskakująco podobne. Nigdy nie kierowałam się sympatiami ani antypatiami personalnymi. Kierowałam się dokumentami, liczbami i odpowiedzialnością za publiczne pieniądze. Gdy szpital robił coś dobrze, nie miałam problemu, aby to powiedzieć. Gdy dostrzegałam zagrożenia, również mówiłam o nich głośno. Dla mnie nie ma znaczenia, kto siedzi w gabinecie dyrektora. Znaczenie ma to, czy decyzje podejmowane w tym gabinecie służą mieszkańcom i przyszłości szpitala.
Czy zawsze udawało mi się doprowadzić do zmian? Oczywiście, że nie. Niejednokrotnie moje interpelacje pozostawały bez odpowiedzi albo słyszałam zapewnienia, że wszystko jest pod kontrolą. Dziś wiemy, że wiele z tych problemów nie tylko nie zostało rozwiązanych, ale przez lata narastało. Dlatego nigdy nie zgodzę się z oczekiwaniem, że rolą radnego jest milczenie tylko dlatego, że zadawane pytania są niewygodne dla kolejnego dyrektora czy kolejnego zarządu powiatu. Znacznie większym zagrożeniem od niewygodnych pytań jest bowiem sytuacja, w której problemy zamiata się pod dywan, a mieszkańcy dowiadują się o ich skali dopiero wtedy, gdy jest już za późno.
Od wielu miesięcy wspólnie z Januszem Przetacznikiem alarmowaliśmy o pogarszającej się sytuacji finansowej szpitala. Domagaliśmy się przeprowadzenia niezależnego audytu, skuteczniejszego nadzoru właścicielskiego i rzetelnej analizy tego, co dzieje się w naszej placówce. O audycie i konieczności jego przeprowadzenia mówiło się wielokrotnie i przy różnych okazjach. Padały obietnice jego przeprowadzenia. Temat wracał na sesjach i pojawiał się w przestrzeni publicznej. Tymczasem kolejne tygodnie i miesiące mijają, a audytu jak nie było tak nadal nie ma. Nawet jeszcze nie został wybrany audytor.
Trudno zrozumieć, dlaczego sprawa, która powinna być jednym z priorytetów każdego Zarządu Powiatu, utknęła w miejscu. Nie chcę snuć teorii ani dopisywać cudzych intencji. Wiem jednak, że każda zwłoka działa na niekorzyść mieszkańców i samego szpitala. Im dłużej odkłada się rzetelną diagnozę, tym dłużej będzie się odkładało prawdziwe leczenie problemów.
Jest pewien paradoks, którego chyba nie wszyscy dostrzegają. Podczas sesji poświęconej sprawozdaniu finansowemu próbowano rozliczać radną z felietonów. Ja natomiast nie zamierzam rozliczać kogokolwiek z opinii o mnie. Wolę rozliczać osoby pełniące funkcje publiczne z decyzji, które podejmują, z efektów ich pracy i z odpowiedzialności za powierzony im majątek publiczny. Taka jest istota mandatu radnego i właśnie dlatego mieszkańcy wybierają swoich przedstawicieli.
Rozdział pod nazwą „Henryk Przybycień jako dyrektor Szpitala Specjalistycznego w Jaśle” właśnie dobiegł końca. Dla mnie również jest zamknięty. Nie zamierzam prowadzić osobistych polemik ani wracać do nich w kolejnych felietonach. Znacznie bardziej interesuje mnie to, kto i w jaki sposób będzie próbował wyprowadzić Szpital Specjalistyczny w Jaśle z kryzysu. To jest dziś sprawa naprawdę ważna.
Przez lata próbowano przekonywać mieszkańców, że problemem są ci, którzy zadają niewygodne pytania lub mają inne zdanie niż aktualnie rządzący. Dzisiaj coraz wyraźniej widać, że problemem nigdy nie były pytania. Problemem był brak odpowiedzi, brak rzeczywistego nadzoru i brak odwagi, by w porę zmierzyć się z narastającym kryzysem.
Ja natomiast pozostanę taka sama, jak przez ostatnich osiem lat. Nadal będę analizowała dokumenty, zadawała pytania, składała interpelacje i pisała felietony. Nie po to mieszkańcy obdarzyli mnie zaufaniem, żebym milczała wtedy, gdy dzieje się coś, co wymaga wyjaśnienia.
Bo rolą radnego nie jest chronić tych, którzy sprawują władzę. Rolą radnego jest stać po stronie mieszkańców. I właśnie swojej roli nie pomyliłam.
Ewa Wawro
Radna RPJ
subiektywny obserwator





























































