Są takie momenty, w których kończą się wygodne półprawdy, a zaczyna brutalna rzeczywistość. Szpital w Jaśle właśnie jest w takim momencie. Na krawędzi. Nie metaforycznie. Realnie.
I w tej samej chwili – kiedy każdy rozsądny system powinien zacząć się ratować – ktoś z uporem dokręca śrubę. Nie wszyscy lekarze. Żeby była jasność. Ale wystarczająco wielu, by problem przestał być incydentem, a stał się mechanizmem.
Mechanizmem szantażu.
„Podwyżki albo odchodzimy”. „Bez nas szpital padnie”.
I najgorsze jest to, że to nie są słowa rzucane na wiatr. To są słowa, które mają pokrycie. Bo system został do tego doprowadzony. Przez lata.
Nie wzięło się to znikąd. To nie jest nagły bunt środowiska. To efekt konsekwentnego – i trzeba to powiedzieć wprost – fatalnego zarządzania. Poprzednie dyrekcje nauczyły lekarzy jednego: wystarczy przyjść, postawić warunki „na ostrzu noża” i … dostaje się to, czego się chce.
Bez analizy. Bez liczenia. Bez granic, w tym przyzwoitości.
I spirala ruszyła.
Najpierw pojedyncze ustępstwa.
Potem kolejne.
Aż w końcu system, który przestał być systemem, a stał się zbiorem indywidualnych układów.
Dziś zbieramy tego rachunek.
Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której lekarze kontraktowi – stanowiący u nas większość kadry – zarabiają w szpitalu po 100, 120, 130 tysięcy złotych miesięcznie?
Nie rocznie. Miesięcznie.
Czy to dużo?
W oderwaniu od kontekstu – rynek płaci za kompetencje. Lekarz to zawód wymagający, odpowiedzialny, deficytowy. Nikt rozsądny nie będzie tego podważał.
Ale system to nie jest oderwany kontekst.
Nasz Szpital to nie prywatna klinika w centrum dużego miasta.
Nasz Szpital to wspólne dobro.
To publiczne pieniądze.
I tu zaczynają się pytania, których nikt nie chce głośno zadawać.
Czy te wynagrodzenia mają pokrycie w przychodach szpitala?
Czy wykonujemy procedury, które rzeczywiście generują takie pieniądze?
Czy każda wykonana procedura jest rozliczana?
Czy wszystkie są wpisywane?
Czy ktoś to w ogóle kontroluje?
Bo jeśli nie – to mamy do czynienia nie tylko z problemem kosztów. Mamy do czynienia z systemową niegospodarnością.
A może prawda jest jeszcze bardziej niewygodna? Może część lekarzy doskonale wie, że ich wynagrodzenie nie zależy od tego, ile i jak szpital zarabia. Że i tak dostaną swoje. No to dlaczego i nie więcej? Więc po co się wysilać? Po co walczyć o każdy punkt rozliczeniowy? Po co „dokładać się” do wyniku placówki?
I w tym miejscu dochodzimy do granicy, której – moim zdaniem – przekraczać już nie wolno. Bo czym innym jest twarda negocjacja stawek, a czym innym jest sytuacja, w której szpital walczy o przetrwanie, a część środowiska mówi: „chcemy więcej, albo odchodzimy”.
To nie jest negocjacja. To jest nacisk. I tak – użyję tego słowa świadomie – to jest niemoralne.
Nie oczekuję od lekarzy heroizmu. Nie oczekuję, że nagle wszyscy zaczną pracować „za pół ceny”. To byłoby naiwne i niesprawiedliwe. Już kiedyś przytaczałam wypowiedziane publicznie, na sesji poświęconej szpitalowi, słowa jednego z lekarzy: „nie jesteśmy Judymami”. Nikt tego nie oczekiwał i nie oczekuje, ale przyzwoitości już tak. Oczekuję elementarnego poczucia odpowiedzialności za miejsce pracy, które ich utrzymuje.
Bo jeśli szpital upadnie – nie będzie ani stawek, ani kontraktów, ani miejsca pracy. Zostanie tylko pusty budynek i kolejny raport o „trudnej sytuacji systemu ochrony zdrowia”.
Najbardziej niepokojące jest jednak co innego.
Że my – jako powiat – przez lata oddawaliśmy pole.
Że nikt nie postawił granicy.
Że nikt nie powiedział: „sprawdzam”.
Że nikt nie policzył, ile to naprawdę kosztuje.
I dziś jesteśmy w sytuacji, w której każda decyzja będzie zła.
Podniesiemy stawki – pogłębimy spiralę zadłużenia.
Nie podniesiemy – ryzykujemy odejścia i paraliż oddziałów.
To nie jest wybór.
To jest efekt wieloletnich zaniedbań.
Dlatego zamiast kolejnych „gaszeń pożarów” (dyrektor wnioskuje o kolejne 20 mln pożyczki) potrzebujemy wreszcie czegoś, czego w tym szpitalu od dawna nie było: twardych danych, realnej kontroli i odwagi do podejmowania decyzji.
Nie tych wygodnych. Tych koniecznych.
Bo jeśli dalej będziemy udawać, że problemu nie ma – to za chwilę nie będzie czego ratować. A wtedy żadne negocjacje nie będą już potrzebne.
Bo nie będzie z kim i o co.
Ewa Wawro
Radna RPJ
subiektywny obserwator



































































