piątek, 12 sierpnia, 2022

Niezwykłe msze w jasielskiej farze

0
Niezwykłe msze w jasielskiej farze
Udostępnij:

Bez użycia patetycznych i górnolotnych określeń trudno jest opisać elektryzującą atmosferę, jaka panuje w świątyni. Niezwykła modlitewna łączność wiernych zarówno z kapłanem, jak i między sobą. Niezwykła, bo takiej nie doświadcza się uczestnicząc „rutynowo” w niedzielnych nabożeństwach. Co raz to ktoś omdlewa, padając bezwolnie na posadzkę, z głębi kościoła dobiegają głośne szlochy, prawie każdemu choć przez chwilę łzy spływają po policzkach.

W ostatnich latach coraz częściej słyszy się o mszach św. nazywanych „o uzdrowienie i uwolnienie duszy i ciała.” Opowiadają nam o nich znajomi, ktoś z rodziny, kto już brał w nich udział albo chociaż słyszał opowieści od innych. Ale mówiąc kolokwialnie: to trzeba samemu przeżyć. Dla ludzi wierzących będzie to niezwykłe misterium, ale pewnie i dla przyglądających się z boku ateistów byłoby dużym przeżyciem. Może nawet początkiem na drodze do duchowej przemiany.

Od ponad pół roku takie msze św. odbywają się w jasielskiej farze. Prowadzi je młody wikariusz, ks. Krzysztof Kołodziejczyk. Najpierw sam uczestniczył w takich nabożeństwach, które prowadził misjonarz Świętej Rodziny, w Sędziszowie Młp., gdzie wcześniej był wikariuszem. Do podjęcia się przez niego samego takich posług doszło poprzez wewnętrzne powołanie, które ostatecznie pobłogosławił ks. biskup rzeszowski Jan Wątroba. – To, co mnie w tych nabożeństwach bardzo ujęło, to skupienie, obfity stół Słowa Bożego, a nade wszystko adoracja Najświętszego Sakramentu – opowiada ks. Krzysztof. – W tym czasie dało się jakby zmysłami odczuwać bliskość wielkiej Miłości i ukojenia. Podobne doświadczenia, w czasie których Pan Jezus uzdrawiał także moje życie i moje wnętrze, miałem od tamtej pory jeszcze kilkakrotnie. Stąd przekonałem się o wielkiej wartości i wyjątkowości tych mszy św., które od maja 2014 roku sprawuję i w czasie których Chrystus pozwala mi widzieć wiele cudów, których On sam dokonuje. Świadectwa ludzi, którzy dzielą się doznanymi uzdrowieniami, poświadczonymi również medycznie, wzmacniają dodatkowo moje przekonanie, co do słuszności takiej formy nabożeństwa.

Pan z wami!

Już godzinę przed rozpoczęciem mszy św. kościół wypełnia się wiernymi, którzy chcą zająć sobie „lepsze” miejsce. Tuż przed godz. 18. świątynia wypełniona jest po brzegi. Niektórzy przynoszą ze sobą składane krzesełka. Nic dziwnego, msze trwają … nawet pięć godzin! Najdziwniejsze jest jednak to, że nikt nie czuje tam upływającego czasu i zmęczenia. Stoją i modlą się żarliwie, zapominając o fizycznych niedogodnościach. Nawet małe dzieci przyprowadzane przez rodziców nie płaczą, nie grymaszą. Słowa kapłana rozbrzmiewają w ciszy, przerywanej od czasu do czasu czyimś szlochem albo przejmującym, głośnym westchnieniem. Co raz to ktoś omdlewa, osuwając się miękko na posadzkę. Nikt nie reaguje, nie przeszkadza. Wiedzą, że to oczyszczający spoczynek w „Duchu Świętym”. – Sam tego doświadczyłem kilkakrotnie – podkreśla ks. Krzysztof. – Za pierwszym razem zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Takie moje inne doświadczenie żywego Jezusa, który przechodząc obok mnie, w taki sposób mnie dotykał. To bardzo delikatne, pełne radości i wewnętrznego spokoju przeżycie. Choć nie straciłem świadomości, nie miałem władzy nad moim ciałem, które bezwiednie spadło na posadzkę.

Spoczynek tylko wygląda jak omdlenie. – Duch Święty działa tu niczym anestezjolog, który przygotowuje człowieka do duchowej operacji, wewnętrznego uzdrowienia – wyjaśnia duchowny. –  Pozwala doświadczyć ukojenia i pocieszenia, których ten zewnętrzny, fizyczny świat dać nie może. Trzeba pamiętać, że jest to dar niczym niezasłużony. Nie otrzymuje go ten, kto jest godniejszy, albo bardziej grzeszny. Duch Święty daje tym, którym sam chce dać, ale też szanuje naszą wolną wolę. Jeśli ktokolwiek wyrazi wolę – „nie chcę spadać”, Duch Święty tego daru nie udzieli. Postawą właściwą wobec wszelkiego działania Bożego podczas takiej mszy św. jest postawa zgody i gotowości na realizowanie się Bożej woli – jak Maryja: „niech mi się stanie według Twego Słowa”.

Nie wystarczy dostać, trzeba wziąć

Misterium mszy św. trwa. Prowadzący nabożeństwo koncentruje uwagę wiernych na żywej obecności Pana Jezusa wśród nich. Słowa wypowiadane przez księdza brzmią niezwykle. Jakby to sam Pan Bóg przemawiał do ludzi. Sakrament Eucharystii jest jak pieczęć na zawartym przymierzu o bezgranicznej miłości Boga do człowieka.

W tej niezwykłej mszy św. towarzyszy ks. Krzysztofowi pani Beata. Ludzie ją już znają, lgną do niej, a ona odwzajemnia emocje. Po adoracji ksiądz idzie z Najświętszym Sakramentem pomiędzy ludzi, aby błogosławić, jak w Lourdes. Tuż obok przez tłum przeciska się tajemnicza kobieta. Podążając za księdzem zatrzymuje się by kładąc ręce na głowie klęczących odmówić za nich modlitwę wstawienniczą. Czasem obydwoje schylają się nad kimś i żarliwie modlą.

Kim jest pani Beata? – postanawiam zapytać ks. Krzysztofa następnego dnia podczas naszego umówionego spotkania. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu tajemnicza kobieta i jej mąż są podczas rozmowy z nami. Rozmawiamy, śmiejemy się, żartujemy. Emocje związane z przeżyciami wyraźnie widać na jej twarzy. Raz wybucha gromkim śmiechem, to znów – opowiadając o ludzkim cierpieniu – płacze, a grymas ogromnego bólu wykrzywia jej twarz. Pani Beata opowiada o swoim życiu, o tym, kiedy i w jaki sposób zaczęła korzystać z darów, jakie otrzymała. Jest charyzmatykiem. Charyzmatykami jesteśmy jednak wszyscy ochrzczeni i bierzmowani. Otrzymujemy dary radości, miłości, pokoju… i każdy z nas to wszystko w sobie nosi. Czym różni się pani Beata i podobni jej charyzmatycy od nas wszystkich? – Tym, że w nich te dary zaczęły pracować dla dobra wspólnoty. Pan Bóg je uaktywnił, bo te osoby otworzyły się na tę współpracę. Co istotne, każdy charyzmatyk, przez którego te nadzwyczajne rzeczy zaczynają się dziać, ma tę świadomość, że to nie jest moje, ja niczym sobie na to nie zasłużyłem, to tylko Pan Bóg wybrał mnie, jako swoje narzędzie – podkreśla duchowny. – Ktoś, kto się nie otworzy, nie chce współpracować, nie może być charyzmatykiem. Ale sytuacja odwrotna jest możliwa, jeśli tylko ktoś bardzo chce i otwiera się na dary Ducha Świętego, to zawsze je otrzyma. Obrazowo mówiąc, to tak jakby Pan Bóg dawał nam wszystkim prezenty, ale nie każdy z nas je odpakuje. Większość ludzi nie chce przesadzać, nie chce, by na niego mówili świętoszkowaty, „moherowy beret”… Utarte standardy trzymają nas w takiej „zdrowej religijności”. Żeby czasem nie przesadzić. Ale prawdziwa wiara nie jest przesadą. Prawdziwa Miłość nie jest przesadą. Jeśli otwieram prezent, który mi Pan Bóg dał i wchodzę w to dobrowolnie by podjąć tę wymagająca drogę, pełną wyrzeczeń, to Bóg daje nam swoje dary w obfitości.

Miłość ponad wszystko

Wróćmy do wieczornej mszy św., która miała jeszcze wiele innych, jakże wzniosłych akcentów. Ks. Krzysztof błogosławił i egzorcyzmował wodę, sól i olej. – To znane od wieków sakramentalia używane z wiarą, służą również duchowej wolności i bezpieczeństwu duszy i ciała – podkreśla.

Po mszy ludzie zabierają je do swoich domów. Na koniec przed ołtarzem gromadzą się wszyscy księża z parafii, a także gościnnie uczestniczący w tym niezwykłym nabożeństwie. Najpierw między sobą przekazują gest błogosławieństwa, przez nałożenie rąk, po czym wszyscy błogosławią na drogę klękających przed nimi wiernych. Tym razem też wielu doświadcza spoczynku w Duchu Świętym, niejednokrotnie padając pokotem jeden obok drugiego.

Wiedzą, po co przychodzą

Misterium tej niezwykłej mszy św. zakończyło się, ale tylko pozornie. Jeszcze długo trwać będzie w sercach i umysłach uczestników. Nasuwa się pytanie o to, skąd ta niezwykłość nabożeństwa? Dlaczego wierni nie są w stanie doznawać podobnych uniesień podczas innych mszy św.? Czy zależy to od nastawienia duchowego ludzi przychodzących do kościoła? Taką interpretację potwierdza zarówno pani Beata, jak i ks. Krzysztof.

O czym najczęściej ludzie myślą podczas niedzielnych mszy św.? Oglądają rewię „niedzielnej” mody, robią przegląd butów u innych, rozmyślają o tym co będzie na obiad, co czeka ich jutro w pracy … Idą do kościoła, bo taki jest obowiązek, zwyczaj. A na msze o uzdrowienie i uwolnienie przychodzą tylko ci, którzy pragną poczuć Boga żywego – mówi pani Beata.

– Taka forma spotkania w kościele daje możliwość przeżywania wspólnoty wielbiącej Pana. Ponieważ codzienność zmusza nas do tzw. „wyścigu szczurów”, w konsekwencji także i nasze religijne praktyki chcemy „zaliczać” sprawnie i szybko. W duchowości chrześcijańskiej nie można iść jednak stylem tego świata. Kościół to nie hipermarket z pakietem usług – jak wielu oczekuje – ale wspólnota w której liturgiczne spotkanie z żywym Zbawicielem wymaga celebracji, nasycenia się Jego obecnością, cierpliwego oczekiwania na Jego dotknięcie, odpocznienia u Jego stóp, albo jak mówił święty Jan Paweł II w Encyklice o Eucharystii – „przytulenia się do Jego Serca” – podkreśla ks. Krzysztof.

Msze święte z nabożeństwem o uzdrowienie i uwolnienie duszy i ciała celebrowane są w jasielskiej Kolegiacie farnej w ostatnią środę miesiąca.

Ewa Wawro

W wersji papierowej tekst ukaże się w środę, w najbliższym wydaniu tygodnika Nowe Podkarpacie

 

{gallery}galerie/2015_rok/msze_fara{/gallery}

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj