wtorek, 9 sierpnia, 2022

Zbigniew Skrudlik – legenda polskiej szermierki

0
Zbigniew Skrudlik – legenda polskiej szermierki
Udostępnij:

Rzadko tu przyjeżdżam, ale sercem cały czas jestem w Jaśle – mówi Zbigniew Skrudlik, szermierz florecista, dwukrotny medalista olimpijski. Pochodzi z Jasła. O swoich korzeniach nigdy nie zapomina i z dumą to podkreśla. Ostatnie dni spędził w Jaśle, przy okazji odwiedził naszą redakcję.

Często wraca pan do Jasła?

Nie, ale sercem zawsze tutaj jestem. Spędziłem tu dzieciństwo i wczesną młodość. Miasto było wówczas bardzo zniszczone, przeżywaliśmy to wszyscy i pomagaliśmy w odbudowie. Przyjaźnie, które się wówczas zrodziły trwają do dzisiaj. Teraz regularnie, co dwa lata, spotykamy się z kolegami i koleżankami, z którymi zdawałem maturę. Ale co najważniejsze, nawet jeśli mnie tu długo nie ma, to i tak Jasło mam cały czas w sercu. Pamiętam, że zawsze w ważnych dla mojej kariery sportowej chwilach, np. na igrzyskach olimpijskich, mistrzostwach czy na wielkich zawodach, to zawsze myślą wracałem do miejsca, skąd wyszedłem. Pamiętam dobrze rok 1964 r. i olimpiadę w Tokio. Na trybunach 120 tysięcy Japończyków i cesarz Hirohito. A na płycie stadionu 12 tysięcy najlepszych sportowców z całego świata, światowy kwiat sportu. I ja między nimi, skromny chłopak z Jasła. Myślałem sobie wówczas z niedowierzaniem: co ja tutaj robię? I zastanawiałem się, jak to jest w życiu, że z maleńkiego miejsca, można tak daleko zajść. W sporcie już dalej, niż na stadion olimpijski, nie da się dotrzeć.

Wrócił pan wówczas ze srebrnym medalem. Czy to dla pana najcenniejsze sportowe trofeum w bogatej kolekcji?

Bardzo cenne, ale nie najważniejsze. Moim największym dorobkiem, oprócz dwóch medali olimpijskich, były moje poczynania, jako trenera. Przez 10 lat byłem trenerem reprezentacji Polski, w tym czasie zdobyliśmy dwa złote medale na igrzyskach olimpijskich w Monachium w 1972 r. To ja byłem trenerem tego zespołu: czterech dwudziestolatków i Woyda, który wtedy miał 30 lat. W tym składzie pokonaliśmy legendarne drużyny: Włochów, Francuzów, Niemców i w finale Rosjan. Zdobyliśmy złoty medal, jedyne drużynowe złoto na przestrzeni stuletniej polskiej szermierki. Bardzo jestem z niego dumny. O wiele łatwiej jest zdobyć indywidualne medale niż drużynowe.

I tak był pan zresztą oceniany, jako typowy drużynowiec. Potrafił pan swoją osobowością wpłynąć na postawę wszystkich członków drużyny, zbudować właściwe morale i rozbudzić ducha walki.

Udało mi się zorganizować bardzo dobrą ekipę, która przez cztery lata pracowała razem. Jak na tamte czasy, to było bardzo nowoczesne, mieliśmy dobrych lekarzy, masażystów, kontakt z psychologiem, wszystko na wysokim poziomie. Efekty były widoczne. A indywidualnie? Jak ja sam zaczynałem trenować szermierkę, to miałem 19 lat, a moi ówcześni konkurenci, wybitni polscy sportowcy, zaczęli dużo wcześniej mając po 14-15 lat. Te kilka lat spóźnienia robiło swoje.

Mówili na pana Koń. Skąd taki pseudonim?

Wymyślił go Janusz Różycki, świetny artysta i kolega. Walcząc zanim rozpocząłem atak, to przednią nogą przytupywałem w miejscu, trochę strasząc tym przeciwnika, trochę dodając sobie animuszu. Pewnie to trochę śmiesznie wyglądało, przypominało konia, który rwie się do przodu, a jest trzymany na uwięzi. I zostałem „Koniem”. Jak koledzy chcieli do mnie mówić łagodnej, to mówili „Konik”.

Ma pan 80 lat i jest pan w świetnej formie. Wciąż pan trenuje?

Choroby trochę mnie ostatnio przystopowały, przeszedłem operację, ale jak widać operacja udała się i pacjent żyje (śmiech!). Sportowiec, nawet jak wycofa się z czynnego udziału w zawodach, to ćwiczy później już całe życie. Zostają nawyki, których nie da się wyplenić. I dobrze. Ćwiczę prawie codziennie, a jeśli nie, to pracuję fizycznie w ogrodzie.

Osiągał pan międzynarodowe sukcesy, był pan znany na całym świecie. Czy w tym czasie Jasło o panu pamiętało?

Nie sądzę. Tego typu sygnałów z Jasła nigdy nie miałem. Wiedzieli, że jest taki Skrudlik, ale nigdy władze miasta czy mieszkańcy, nie okazywali mi, że są ze mnie dumni. A ja wkomponowałem się w układy warszawskie, w wyjazdy zagraniczne. Władze centralne doceniały moje sukcesy. Dostałem nawet Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Ale ostatnio ludzie z Jasła przypomnieli sobie o mnie, o tym, że jest taki jaślanin, wysoko umocowany w sporcie wyczynowym.

W październiku ubiegłego roku Rada Miejska Jasła przyznała panu tytuł Honorowego Obywatela Miasta Jasła.

To właśnie miałem na myśli. Jestem bardzo dumny i wdzięczny za to wyróżnienie. Jak widać nie tylko profesorowie, nie tylko działacze społeczni, nie tylko ludzie kultury, ale także sportowiec może zostać doceniony. Uroczystego wręczenie jeszcze nie było. Miało być przy okazji rocznicy wyzwolenie Jasła, ale przeszkodziła moja operacja. Teraz pan burmistrz planował tę uroczystość na 2 czerwca przy okazji oddania do użytku jakiegoś kompleksu sportowego, a ja w tym czasie będę w sanatorium. Ale co się odwlecze to nie uciecze.

Śledzi pan wydarzenia w Jaśle?

Oczywiście, na bieżąco. Jestem lokalnym patriotą. Przez ostatnie lata był regres, szczególnie po tej ostatniej powodzi, teraz miasto zaczyna trochę odzyskiwać swój dawny blask. Ale martwi mnie upadanie zakładów przemysłowych, martwię się tym, że Krosno góruje nad Jasłem. I cieszę się każdym sukces jaślan, o których donoszą media.  

Ma pan swoje ulubione miejsca w Jaśle?

Kościół farny, rynek i kilka miejsc nad rzekami.

A wspomnienia z dzieciństwa, które najczęściej wracają?

Wszystkie wiążą się głównie ze szkoła, a właściwie z powrotem ze szkoły do domu. Każdy powrót był przygodą. Mieszkałem na Gądkach i najpierw trzeba było dojść do rzeki, a że wszędzie miałem przyjaciół, to po drodze musiałem zaliczyć przynajmniej kilka przystanków. Trzeba było oglądać wystawy sklepowe, wstąpić do kolegów, no i obowiązkowo przystanek na rzeką. W lecie była kąpiel, a w zimie, jak była kra na rzece, to przeprawa na drugą stronę. Nie wszędzie były mosty, przewoźnik czasem zasypiał, trzeba było sobie jako radzić.
Pamiętam też kino Syrena. Zanim powstało piętro, to na płycie urządziliśmy sobie teren sparingowy. Kolega przynosił rękawice bokserskie i myśmy tam walczyli, nie patrząc na to, że można było w każdej chwili spaść.

To wówczas postanowił pan, że zostanie sportowcem?

Nie od razu, choć różne sporty uprawiałem od dzieciństwa. Kiedy zdałem maturę, to w domu było ciężko, chciałem iść do pracy. Szukając zajęcia trafiłem do banku. Do dziś pamiętam tę przygodę. Podszedłem do okienka, w którym siedział kasjer i pytam o to, czy nie znalazłby się tu dla mnie, jakaś praca. Pan w specjalnych zarękawkach zachodzących na koszulę, jak się okazało znajomy mojego ojca, mówi do mnie z nieskrywaną dumą: „Najlepsza jest praca w banku. Po 15 latach dostaje się w nagrodę złote pióro, a po 25 latach dostajesz złoty zegarek”. Niestety nie dałem się uwieść tej opowieści, wychodząc z banku już wiedziałem, że nigdy nie będę tam pracował. I to wtedy zdecydowałem, że będę się trzymał sportu.

Na nasze spotkanie, tak jak prosiliśmy przyniósł pan teczkę ze zdjęciami. Co tu mamy ciekawego?

– Dużo zdjęć, tylko je przerzucę. To zdjęcie unikat, jak razem z moją klasą odbudowujemy Jasło. To są Rosjanie, którzy zastanawiają się, jak nas pokonać na olimpiadzie. A to reprezentacja Polski. To ja w Japonii. To Skrudlik, jako młody chłopach na Gądkach. A to moja drużyna floretowa. To mistrz świata Woyda i trener Skrudlik. To olimpiada w Meksyku i z nami nieżyjący już Jurek Kulej, a to reprezentacja Polski na igrzyska olimpijskie w Meksyku. To Skrudlik w walce …..

A medale?

Nie zabrałem ze sobą na nasze spotkanie, bo jest ich zbyt dużo. Przez te 10 lat, kiedy brałem udział w zawodach, uzbierało się tego 150. Ale zdradzę pani moje plany. Postanowiłam już, że srebrny medal olimpijski przekażę w darze miastu. Mam nadzieję, że znajdzie się dla niego dobre miejsce, może na zawsze już zawiśnie w gabinecie burmistrza albo w muzeum, jako namacalny ślad Skrudlika.

Cieszę się, ponieważ nasz wywiad także będzie – w pewnym sensie – namacalnym śladem Skrudlika. Dziękuję bardzo za rozmowę.

Ewa Wawro

Zbigniew Skrudlik ur. 12 maja 1934 w Jaśle, czołowy florecista świata lat sześćdziesiątych, dwukrotny medalista olimpijski. Absolwent Warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego, wychowanek trenera Kazimierza Laskowskiego, szpadzista, ale przede wszystkim leworęczny florecista-„drużynowiec”. Przez 10 lat był w czołówce szermierzy świata. Dwukrotny mistrz Polski we florecie (1961, 1963) i trzykrotny wicemistrz: we florecie (1958,1968) i szpadzie (1962). Drużynowy mistrz kraju w szpadzie (1956) i sześciokrotny wicemistrz Polski: we florecie (1957, 1964, 1968) i szpadzie (1963, 1965, 1967). Medalista mistrzostw świata w drużynie florecistów: srebrny – w Gdańsku (1963) i Paryżu (1965) oraz brązowy – w Turynie (1961), Buenos Aires (1962), Moskwie (1966) i Montrealu (1967). W konkurencji indywidualnej zajął czwarte miejsce na Mistrzostwach Świata w Gdańsku w 1963 roku. Dwukrotny mistrz Uniwersiady w Porto Alegre (1963) we floretowej i szpadowej drużynie. Największymi trofeami florecisty były: srebrny medal olimpijski z Tokio w 1964 roku i brązowy z Meksyku w 1968 roku. Po zakończeniu kariery zawodniczej – trener kadry narodowej floretu mężczyzn (1968-1978). Reprezentacja Polski pod opieką jaślanina zdobyła dwa złote medale podczas mistrzostw olimpijskich w Monachium w 1972 roku. Mistrz Sportu, oznaczony m.in. wielokrotnie Medalem za Wybitne Osiągnięcia Sportowe i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. W październiku 2012 r. Rada Miejska Jasła jednogłośnie przyznała Skrudlikowi tytuł Honorowy Obywatelem Miasta Jasła za propagowanie sportu wśród dzieci i młodzieży oraz za wybitne osiągnięcia sportowe, które przyczyniły się do promocji miasta w dziedzinie życia sportowego.

 

{gallery}galerie/skrudlik{/gallery}

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj